Były gracz NBA dla „Wprost”: Luka Doncić widzi to, czego większość nie dostrzega

Były gracz NBA dla „Wprost”: Luka Doncić widzi to, czego większość nie dostrzega

Bostjan Nachbar
Bostjan NachbarŹródło:Newspix.pl / Artur Podlewski/058sport.pl
Do NBA wyjeżdżał z łatką jednego z najlepszych talentów Europy. Za oceanem dał się poznać jako solidny szósty gracz, który nie boi się największych gwiazd. Większą karierę zrobił w Eurolidze, gdzie w pewnym momencie był czołowym strzelcem rozgrywek. Bostjan Nachbar, legenda reprezentacji Słowenii, opowiada „Wprost” o pomocy obecnym koszykarzom, występach w Rockets i Nets czy o Luce Donciciu.

Dlaczego koszykówka z początku XXI wieku nie przypomina tej dzisiejszej? Jak przenieść klub NBA po huraganie? Do czego potrafią namówić małe córki? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi udziela były koszykarz, a obecnie dyrektor zarządzający Stowarzyszenia Zawodników Euroligi (ELPA).

Michał Winiarczyk, Wprost: Jak wygląda koszykówka, gdy zamiast gry w hali, siedzi się przed biurkiem?

Bostjan Nachbar: Punkt widzenia mocno się zmienia. Nie patrzę na koszykówkę tak samo jak jeszcze kilka lat temu, gdy grałem zawodowo. Nie jestem związany z żadnym klubem, więc nie dostrzegam już aspektu konkurencji, walki. To coś, co lubiłem, kiedy byłem czynnym graczem. Nie interesuje mnie, czy zwycięży zespół A, czy B. Moje troski dotyczą karier zawodników. Czy kluby przestrzegają wobec nich prawa i czy nie brakuje im czegoś, by móc w pełni skupić się na swojej pracy. Niemniej, nadal lubię oglądać koszykówkę. Mam wrażenie, że w ostatnich latach ten sport staje się atrakcyjniejszy.

Czym zajmuje się pan w EuroLeague Players Association?

Mam dosyć szeroki zakres obowiązków. Najprościej mówiąc, jako dyrektor zarządzający ELPA opiekujemy się zawodnikami Euroligi i EuroCupu indywidualnie i zespołowo. Mowa tu o 250-270 zawodnikach. Często dyskutujemy na temat praw zawodników z Euroleague Basketball, spółką zarządzającą obiema rozgrywkami. Rozmawiamy też z koszykarzami, aby mieli jak najlepsze warunki do gry.

To przebiega dwutorowo. Czasem negocjujemy ogólne standardy dla całej ligi, czasem wspieramy w indywidualnych sprawach. Mam ze sobą zespół. Moja praca czasem polega na rozdzieleniu zadań. To wyczerpujące zajęcie, ale dające wiele satysfakcji. Na koniec czuję satysfakcję, że pomagamy innym.

Co jest w tym najtrudniejsze?

Rozmowy z ludźmi z euroligowego środowiska, którzy nie patrzą na dobro koszykarzy tak, jak my. Myślę, że to jednak dotyczy każdej dziedziny, gdzie występuje element negocjacji. Musisz przekonać drugą osobę do swojej racji. W Eurolidze pracuje mnóstwo osób, które przez lata zrobiły wiele dla rozwoju organizacji. Dobrze jednak wiesz, że czasy się zmieniają. Przez to i zasady ulegają zmianie. Nikt nie funkcjonuje już tak jak 20 czy 10 lat temu. Czasem trafisz na ludzi chętnych do współpracy i otwartych na nowości, a czasem na takich, przy których musisz się sporo napracować, by przekonać do swojego planu. Mają konserwatywną mentalność. Zawsze staram się znaleźć jakieś punkty zaczepienia. Wtedy możemy zacząć je modyfikować, by w konsekwencji wypracować wspólne stanowisko.

Czemu zdecydował się pan na pracę przed burkiem, a nie na przykład na trenerkę?

Lubię ćwiczyć z juniorami, bo na ich zajęciach widzę czysty basket, pozbawiony tych wszystkich pozaboiskowych spraw, które towarzyszą profesjonalnym rozgrywkom. Nieważne czy mowa tu o campach w Słowenii, programie Jr. NBA czy innych aktywnościach na terenie Barcelony lub całej Europy – jeśli mam czas, to nigdy nie odmawiam.

Nigdy nie miałem ochoty prowadzić dorosłego zespołu. Będąc koszykarzem ani razu nie pomyślałem o tym, by zajmować się trenerką. Kiedy skończyłem karierę, pojawiła się możliwość pracy przy powstającym Związku Zawodników Euroligi. Uznałem to za ciekawy projekt. Nikt wcześniej tego nie robił, więc było to dla mnie jeszcze bardziej interesujące. Miałem za zadanie tworzyć coś od podstaw. Nie musiałem dołączać do jakieś istniejącej, ogromnej korporacji.

Nie powiem, że wszystko szło jak po maśle. Codziennie czegoś muszę się uczyć. Co rusz spotykam nowe osoby z różnych grup – koszykarzy, agentów, władze klubów koszykarskich oraz Euroligi. Trochę się namęczyłem, ale mam poczucie, że na dziś dobrze zarządzam swoją „drugą karierą”.

Ma pan na co dzień styczność z rozgrywkami, w których przez lata występował. Nie odczuwa pan tęsknoty?

Skłamałbym, mówiąc „nie”. Czasem zdarzy się spojrzeć na koszykówkę z nostalgią, ale mówiąc szczerze, spodziewałem się, że będę mocniej tęsknił. Świetnie wspominam grę w Eurolidze czy w NBA. Nadal oglądam wiele meczów amerykańskiej ligi. Nie czuję przesytu basketem. Potrafię pójść na spotkanie albo włączyć je w telewizji i cieszyć się jak normalny fan sportu. Na szczęście nie mam wyrzutów sumienia z rana typu: „Szkoda, że już nie gram”.

Dużo się pan zmienił od czasów, gdy jako młody zawodnik Bennetonu Treviso wpadł pan w oko skautom NBA?

Przede wszystkim zmieniły się priorytety. Dawniej wszystko inne poza koszykówką mnie nie interesowało. Dziś jestem starszy, po karierze koszykarskiej i z własną rodziną. Rola ojca zmienia perspektywę na życie. Nadal jestem tak samo zmotywowanym facetem. Różnica tkwi w tym, do czego ma mi ta motywacja służy. Kiedyś miała dać koszykarski sukces. Dzisiaj ma dać satysfakcję z życia. Nie mam już tyle energii co dawniej, bo dwie córki potrafią sporo wycisnąć (śmiech).

Jak wspomina pan sezon 2001/2002 w Treviso i wybór w drafcie NBA przez Houston Rockets?

Na początku XXI wieku świat nie wyglądał tak, jak obecnie. Był o wiele słabiej skomunikowany. Dziś, gdy wylatujesz do Stanów, to czujesz się, jakbyś poszedł na inną ulicę w tym samym mieście. Mamy zglobalizowany świat. Dawniej, gdy internet dopiero raczkował, a nie było jeszcze FaceTime’a czy Skype’a, kontakt z bliskimi w Słowenii był utrudniony. Czułem dystans między Stanami a Europą.

Ale jeszcze przed tym był wspomniany przez ciebie Benetton. Spędziłem w Treviso ekscytujące dwa sezony. Trafiłem tam z łatką najmłodszego zagranicznego koszykarza we Włoszech. Miałem w składzie legendy tamtejszego basketu – Ricky'ego Pittisa czy Massimo Bulleriego. Byli także uznani Marcelo Nicola czy Tyus Edney. Tworzyliśmy ciekawy zespół, który zarządzał niezwykle uznany trener, Mike D'Antoni. Dostałem od niego duży wyraz zaufania. Nie byłem młodym, który wchodził na dwie, trzy minutki. Przez większość ostatniego sezonu grałem jako starter. Jako zespół dotarliśmy do Final Four Euroligi, a także zdobyliśmy mistrzostwo kraju. Miałem szczęście, że trafiłem do tak świetnie stworzonego zespołu Maurizio Gherardiniego (ówczesnego generalnego menedżera Benettonu – przyp. M.W). Jestem pewny, że to miało kolosalny wpływ na to, że trafiłem do NBA.

Poleciał pan do Stanów z łatką jednego z najlepszych młodych graczy Europy.

Pamiętam wieczór draftu. Byłem na ceremonii, czułem jej rozmach. Gdy dowiedziałem się, że zostałem wybrany z piętnastym numerem przez Houston Rockets, poczułem jak spełniają się marzenia. Tak naprawdę dopiero wtedy zaczęła się harówka. Zawsze powtarzam, że o wiele łatwiej jest się dostać do NBA, niż w niej utrzymać. Panuje zacięta rywalizacja. Musisz umieć walczyć o swoje, bo nikt tu nie daje taryfy ulgowej.

Tutaj też muszę nawiązać do zmieniających się czasów. Dziś, gdy chłopak z Europy zostaje wybrany z piętnastym numerem w drafcie, to zna go cały świat. Nie ma opcji, żeby skaut z NBA nie widział albo jego meczu na żywo, albo nie miał okazji zobaczyć kompilacji jego gry. Przecież istnieją nawet portale, które zajmują się śledzeniem młodych perspektywicznych graczy.

Gdy leciałem do Stanów, byłem nikim dla NBA. Jak na swój wiek miałem bardzo dobrą karierę w Europie, ale w Ameryce to nic nie znaczyło. Zrozumiałem to, gdy pierwszy raz wszedłem do szatni Rockets. Praktycznie nikt nie wiedział kim jestem. Nikogo nie interesowało, gdzie i jak grałem. Musiałem łokciami walczyć o pozostanie w najlepszej lidze świata. Nie narzekałem, bo NBA stanowiło marzenie życia.

Wraz z panem do Rockets trafił numer 1 draftu 2002, Yao Ming i to na nim głównie skupiano uwagę.

Nie chcę przejaskrawiać, bo przecież dla sztabu szkoleniowego i mediów byłem znany. Nikt mnie w ciemno nie wybrał. Jednakże koledzy z zespołu dopiero podczas pierwszego treningu zobaczyli mnie w akcji. Nikt z nich mnie nie kojarzył. Czułem niewielki szok kulturowy, bo trafiłem do Teksasu. Znacznie bardziej – szczególnie na początku – zaskakiwał mnie poziom sportowy i fakt, że jednego dnia oglądam najlepszych koszykarzy NBA pokroju Granta Hilla, Kevina Garnetta czy Kobego Bryanta w telewizji, a następnego dnia staję naprzeciwko ich. Tę ligę cechuje jednak to, że rozgrywasz mecz za meczem niemal bez przerwy. Nie masz czasu na rozpamiętywanie.

Jak doprowadzić do wściekłości Karla Malone'a? Gdy grał pan mecz przeciwko jego Los Angeles Lakers, dał się mu we znaki.

Śmieszne, że to jedna z sytuacji, z której jestem najlepiej pamiętany w NBA, a zarazem sytuacja, której nigdy nie rozpamiętywałem. To nie było nic wielkiego. Tak naprawdę to tylko dziennikarze mi o tym przypominają.

Cała akcja miała miejsce podczas playoffów NBA 2004. Tutaj każdy mecz jest jak na wagę złota. Musiałem grać twardo. Sprawy potoczyły się tak, że atmosfera na boisku, szczególnie pomiędzy mną a Malonem stała się gorąca. Zablokowałem jego rzut, a ten się „podpalił”, bo zrobił to jakiś anonimowy typek z Europy. W sumie na tym historia się kończy. Nie było między nami wojny. Być może powodem, dla którego pamięta się o naszym pojedynku był fakt, że wówczas nic nie znaczyłem w NBA. Nie byłem znany wśród amerykańskich kibiców. Dzięki tym playoffów stałem się bardziej rozpoznawalny.

W 2004 roku trafił pan do New Orleans Hornets. Rok później występował podczas EuroBasketu, gdy huragan Katrina nawiedził amerykańskie miasto. Gdy wrócił pan do Stanów, klub przeniesiono do Oklahomy. Jak wyglądał pański powrót do starego zespołu, ale w nowym miejscu?

Fajne pytanie, bo rzadko kto o to pyta. Dla Amerykanów, jak i dla nas, koszykarzy, to był czas wyzwań. W trakcie sezonu 2004/2005 wymieniono mnie z Rockets do Hornets. Chciałem transferu, bo liczyłem na więcej minut. Przed wyjazdem na rozgrywki reprezentacyjne podpisałem nowy, trzyletni kontrakt. Reprezentacja Słowenii występowała na EuroBaskecie. W jego trakcie Katrina nawiedziła Nowy Orlean, wyrządzając ogromne szkody. Od tamtego momentu minęło blisko siedemnaście lat, ja nadal później grałem dla Hornets, ale od czasu wyjazdu na kadrę nigdy nie byłem w Nowym Orleanie. Nie miałem okazji wrócić tam ani z Hornets, ani później z Nets.

To była dziwna sytuacja. Gdy skończyły się mistrzostwa Europy wiedziałem, że muszę lecieć bezpośrednio do Oklahomy. Tam Hornets stworzyło nową bazę. Przetransportowano wszystkie potrzebne rzeczy i dobytek klubu oraz zawodników z Nowego Orleanu. Pojedynczo nie bylibyśmy w stanie tego zrobić. To przypominało akcję ratunkową. Na szczęście NBA jest niesamowicie zorganizowaną instytucją. Zarówno klub, jak i włodarze ligi robili wszystko, byśmy jak najlżej odczuli zmianę miejsca.

W Hornets i lata później w FC Barcelonie miał pan szansę grać z Maciejem Lampe. W Polsce mówi się, że nie wykorzystał w pełni swojego potencjału.

Maciej trafił do NBA wcześnie, możliwe, że zbyt wcześnie. Sam wielokrotnie zastanawiałem się, czy i w moim przypadku nie lepiej było jeszcze pograć z rok w Europie. Wielu zawodników trafia za ocean bez mocnego otrzaskania się z seniorską koszykówką na najwyższym poziomie. Przez to trafiają do najlepszej ligi świata bez należytego przygotowania.

Obaj byliśmy w podobnej sytuacji. Uważano nas na europejskim kontynencie za talenty, ale nie miało to żadnego znaczenia w Stanach. Lampe miał świetne warunki fizyczne. Potrafił też rzucać, co jak na gościa jego pokroju w tamtym okresie nie było oczywistością. Nawet jeśli jego przygoda w NBA trwała krótko, to i tak może pochwalić się fajną karierą. Większość kibiców nie wie, jak wyglądają kulisy koszykówki.

Wiem, że brzmi to banalnie, ale czasem oprócz umiejętności potrzebujesz po prostu szczęścia. Niektórzy mają go więcej, inni mniej. Czy to chodzi o kontuzje, miejsce gry, sympatię trenera. Taki jest los. Czasem porównasz sobie dwóch zawodników z jednego rocznika. Jeden miał mniejszy potencjał, ale trafił w dobre miejsce i w konsekwencji zrobił lepszą karierę niż ten drugi.

Dino Radja powiedział mi, że młodzi zawodnicy dziś jeszcze bardziej zbyt wcześnie opuszczają Europę, by grać w NBA. Za przykłady wskazał mi historie Dragana Bendera i Mario Hezonji. Zgodzi się pan?

Nie chce wypowiadać się o konkretnych przypadkach Dragana i Mario. Historia każdego koszykarza jest inna. Jeśli skupimy się na ogólnym trendzie, to tak, zgadzam się z Radją. Wybór młodego chłopaka z Europy jest dla NBA ruletką. Jeśli przez dwa, trzy lata zawodnik nie wybije się, to pewnie wyleci z ligi, a osoba sprowadzona za jego sprowadzenie albo dostanie reprymendę, albo również zostanie zwolniona. Nikt za nikim tam nie płacze. W mgnieniu oka klub znajdzie nowego pracownika, a także kolejny talent do weryfikacji.

Kluby NBA nie przykładają wielkiej wagi do rozwoju zawodników. Wychodzą z założenia, że koszykarz, który do nich trafia, jest gotowy na rywalizację z najlepszymi i oczekują, że z marszu będzie grał na oczekiwanym poziomie. Istnieje może kilka zespołów, które cechuje cierpliwość do młodych. Poza tym NBA jest marką samą w sobie. Każdy młody zawodnik marzy, aby w niej zagrać. Gdy pojawia się pierwsza okazja do występów w Stanach, to większość z niej korzysta, bo boi się, że drugiej nie dostaną.

W sumie to się temu nie dziwię. Można to porównać do drzwi, których sam nie otworzysz. Za młodu się otwierają. Nie wiesz, czy zaraz nie dostaniesz kontuzji albo stracisz formę, bo trener w klubie przestanie na ciebie stawiać. Nim się zreflektujesz, drzwi się zamkną. Przeważnie, jeśli zostajesz wybrany w drafcie i klub chce, byś tam od razu trafił, to musisz tam iść. Warunkiem wyboru przez Rockets była obietnica, że idę tam prosto z Treviso. Gdybym się nie zgodził, to wylądowałbym pewnie w drugiej rundzie albo może nikt by się na mnie nie zdecydował. Nie znam nastolatka, który otwarcie powie: „Ej NBA, nie chcę do was teraz iść. Zastanowię się i za dwa lata dam znać” (śmiech).

Najwięcej gry w NBA otrzymał pan w New Jersey Nets, gdzie stał się solidnym szóstym zawodnikiem. Występy z Vincem Carterem czy Jasonem Kiddem to najlepszy etap pańskiej kariery w tej lidze?

Myślę, że tak. Trafiłem do New Jersey jako dojrzały koszykarz, który znał swoją rolę i umiejętności. Wiedziałem do czego jestem zdolny i jakie mam atuty. Przez pierwsze lata w NBA próbowałem koszykarsko odnaleźć siebie, zrozumieć, jakiego typu zawodnikiem mogę być. Dzisiejsza liga jest zdecydowanie inna również pod względem sportowym. Daje dużo możliwości do rzutów z dystansu. Sam pewnie widzisz, ile koszykarze rzucają trójek.

NBA, w której grałem, kładła nacisk na grę jeden na jednego oraz „post up”. Owszem, to nadal dzisiaj jest widoczne, ale nie w takiej skali jak dawniej. Jest mniej kontaktów i przepychanek niż dwadzieścia lat temu. Wtedy, aby odnieść duży sukces musiałeś być bardzo dobry jeden na jednego w ofensywie lub defensywie. Problem w tym, że ja taki nie byłem. Świetnie się odnajdywałem w grze pięć na pięć. Do Nets pasowałem właśnie przez to, że dobrze sobie radziłem w drużynowej obronie. W pojedynczych pojedynkach byłem średni. Jeśli przejrzysz moje kompilacje z tamtego okresu, to nie znajdziesz masy dryblingów i starć jeden na jeden. Z biegiem lat zrozumiałem, że muszę uwydatniać swoje zalety, a nie próbować na siłę robić coś, czego za bardzo nie umiem, przeciwko najlepszym koszykarzom świata.

New Jersey Nets posadzili mnie w roli szóstego zawodnika. Niby byłem pierwszym rezerwowym, ale grałem po 20-25 minut, czyli sporo. Udało nam się awansować do play-offów, co było adekwatnym wynikiem do składu zespołu. Nie ma co się łudzić, nawet z Carterem i Kiddem nie byliśmy drużyną z potencjałem na tytuł. Zawsze nam czegoś brakowało. Dodatkowo w pewnym momencie z powodu kontuzji straciliśmy Nenada Krsitcia, który prezentował bardzo dobrą formę.

Jak patrzę na obecnych Nets (rozmowę przeprowadzono przed odejściem Kevina Duranta i Kyriego Irvinga – przyp. M.W) to widzę zupełnie inny klub. Nie tylko z powodu składu, ale również z tego, że przecież Nets nie grają już w New Jersey, tylko na Brooklynie.

Kibicuje im pan dziś?

Bardzo. Myślę, że jako cała rodzina możemy określać się fanami Nets. Mam wiele powodów. Pierwszy to fakt, że spędziłem tam najlepszy okres w NBA. Drugi związany jest z tym, że nadal w klubie pracują osoby, które były w nim za moich czasów. Jest jeszcze jedna śmieszna sytuacja. Grałem w Nets z numerem „7”, czyli takim samym jak Kevin Durant. Moja córka jest jego dużą fanką. Gdy była mniejsza, mówiłem, że Durant gra z tym numerem ze względu na mnie. Trochę wyrosła i przestała wierzyć (śmiech).

Łatwo było panu wrócić do Europy? Często zdarza się, że koszykarzy, którzy wracają uważa się za przegranych. Z drugiej strony, w wielu przypadkach na Starym Kontynencie można liczyć na podobne albo lepsze zarobki niż za oceanem.

Sporo zależy od szczęścia i okoliczności. Najlepszy sezon w NBA był zarazem moim ostatnim. Wolałem wrócić do Europy, bo tutaj otrzymałem lepsze warunki finansowe. Prawdę mówiąc, to zakładałem, że szybko wrócę do Stanów. Liczyłem, że rozegram jeden lub dwa sezony i pojawi się dobra oferta.

W NBA masz CBA, salary cap i inne przepisy, które dokładnie określają, jakie maksymalne wynagrodzenie możesz otrzymać. Oferty ze Stanów były podobne albo i mniejsze od tych z Europy.

Powrót na europejski kontynent miał racjonalne podstawy. Dodatkowo rodziła się moja pierwsza córka, więc perspektywa mieszkania w Europie miała również małą przewagę. Czas pokazał, że nie wróciłem już do NBA. Nie oznacza to, że nie otrzymałem żadnej oferty. Padło kilka propozycji, ale mówimy tu o kwotach w wysokościach minimalnego kontraktu. Wolałem pójść do Efesu lub Barcelony, niż ryzykować wyjazd za małe pieniądze do Stanów z całą rodziną.

Myślę, że w tamtym okresie większość koszykarzy podjęłaby podobną decyzję, co ja. Wówczas wielu graczy wolało pójść grać do Europy np. Linas Kleiza, Jorge Garbajosa czy choćby Josh Childress. Mówimy tu o zawodnikach, którzy nie byli tylko uzupełnieniem ławki. Ówczesne przepisy finansowe NBA nie były dla nas korzystne w porównaniu z możliwościami europejskich zespołów.

Grał pan w dużych metropoliach jak Houston, New Jersey, Moskwa, Stambuł. Jak się pan czuł, gdy po tylu latach życia w wielkich miastach znalazł się w 2012 roku w niewielkim Bambergu? Statystyki pokazują, że przeżywał tam pan drugą młodość.

Rok wcześniej doznałem potężnej kontuzji kostki, która zabrała pół sezonu. Przeglądając oferty mogłem pójść do dużego klubu, gdzie jednak dostałbym małą rolę albo do zespołu typu Brose Bamberg, który w porównaniu do „wielkich” nie miał finansowo podejścia, lecz sportowo proponował mi wszystko, co chciałem. Miałem 32 lata. Pomyślałem sobie: „Kurczę będę mógł grać 30-35 minut na mecz. Chcę się trochę pobawić koszykówką, a nie siedzieć na ławce”. Z perspektywy czasu podpisanie kontraktu z Bambergiem było jedną z najlepszych decyzji w karierze. Wylądowałem w niesamowitym, koszykarskim mieście z przemiłymi ludźmi. Moja druga córka tam się urodziła. Pozostały nam przyjaźnie, więc zdarzało nam się wracać później do tego miasta.

Ten ruch był świetny z dwóch powodów, sportowych i rodzinnych. Grałem w świetnym zespole u dobrego trenera, a rodzina w końcu mogła odpocząć od ogromnego zgiełku wielkich miast. W pewnym momencie, gdy kończył się sezon, pomyślałem, że zostanę w Bambergu do końca kariery. Dyskutowałem z klubem na temat wieloletniego kontraktu.

Raptem do gry weszła FC Barcelona. Miałem wybór, czy zostać w Bambergu, w którym mógłbym pewnie mieszkać po zakończeniu kariery, czy dołączyć do Barcy, jednego z najlepszych klubów Europy, by powalczyć o mistrzostwo ACB (liga hiszpańska – przyp. M.W) i Euroligi. Raz jeszcze zdecydowałem się dołączyć do dużej organizacji, ale do dziś tego nie żałuje. Po zakończeniu kariery osiadłem właśnie tutaj.

W Barcelonie pograł pan dwa lata, po czym na ostatnie dwa wylądował w Betisie z Sewilli. Łatwo było skończyć z koszem?

Myślę, że tak. W przeciwieństwie do wielu koszykarzy zbliżających się do czterdziestki, nie mogłem narzekać na problemy zdrowotne. Nawet jeśli czasem trapił mnie jakiś uraz, to szybko wracałem do zdrowia. W wieku 37 lat czułem się bardzo dobrze. Gdybym chciał, mógłbym jeszcze pograć. Czułem jednak, że nie mam już żaru do gry.

Już po dwóch sezonach w Barcelonie uważałem, że to koniec. Pamiętam pewną rozmowę z żoną. Powiedziałem: „Jeśli mam teraz kończyć karierę, to i tak będę czuł się szczęśliwy”. Nie czułem motywacji, nie miałem po co grać w kosza. Złożyło się tak, że z ofertą zadzwonił Betis. To oznaczało przeprowadzkę na południe Hiszpanii. Zgodziłem się, bo nadal byliśmy w Hiszpanii, a akurat dzieci zaczęły chodzić do szkoły. Łącznie spędziliśmy tam pięć lat, bo zostaliśmy po zakończeniu mojej kariery. To miasto również mogę określić jako swój kolejny dom.

Pamiętam, że w Sevilli grał pan w blond włosach.

Tylko przez jeden sezon.

Co się stało, że tak szybko kolor zniknął? Dziś jest pan… czarno-siwy?

Nie no, to jest w pełni siwy kolor włosów. Wiem, że chcesz być miły, ale wiek robi swoje (śmiech).

Zmiana koloru wiązała się z żartem. Córka powiedziała kiedyś: „Tatusiu, powinieneś sobie pomalować włosy na blond jak Messi”. Nie chciałem się zgodzić, ale do córki dołączyła druga i moja żona. W końcu uległem. Po sezonie chciały, żebym zrobił to jeszcze raz, ale już postawiłem na swoim. W sumie to była fajna zabawa. Nigdy nie robiłem niczego kontrowersyjnego, więc zmiana koloru stanowiła największą ekstrawagancję.

Patrząc na dzisiejszą kadrę Słowenii nie żałuje pan, że nie urodził się kilka lat później?

Mówiąc szczerze, to nawet pod koniec kariery byłem w bliskich kontaktach z Rasho Nesteroviciem i Igorem Kokoskovem. Grałem dobrze w Hiszpanii, przez co trener widział możliwość powołania mnie na mistrzostwa Europy 2017. Przypałętała się jednak kontuzja łydki, która zabrała trochę czasu. W pewnym momencie sam powiedziałem selekcjonerowi, by stawiał na tych, którzy byli z nim od pierwszych dni zgrupowania. W idealnym założeniu miałem pojechać na EuroBasket, by tuż po nim zakończyć oficjalnie karierę. Tak pięknie nie wyszło. W pewnym sensie to nawet dobrze, bo dzięki temu ukształtował się zespół na lata.

Słoweński basket nie ogranicza się tylko do ostatnich kilku lat. Jeśli spojrzysz na historię, to praktycznie od 1995 roku reprezentacja się rozwija. Miałem możliwość być częścią kadry, która stworzyła fundamenty dla obecnych graczy. Nie byliśmy nigdy chłopcami do bicia. Udało nam się zająć czwarte i piąte miejsce na mistrzostwach Europy oraz zakwalifikować się do mistrzostw świata. Dziś uważamy to za coś normalnego. W latach dziewięćdziesiątych tak nie było.

Kiedy rozmawiałem z obecnym selekcjonerem reprezentacji Słowenii Aleksandrem Sekuliciem o Donciciu, żartował, że Luka nie potrzebuje na boisku żadnych rad. Później na poważnie dodał, że wielkim atutem jest to, że Doncić trafił do tej kadry jako młody junior, a nie jako megagwiazda NBA, wskazując na jego drużynową osobowość. Jaką opinie pan ma o nim?

Patrzę podobnie jak trener Sekulić. Nie miałem okazji, by zagrać z Luką w jednym zespole, ale wiem wiele o nim. Znamy się też osobiście, więc z osobistego doświadczenia rozumiem, jaki on jest. Z charakteru to po prostu spoko gość. Wszędzie, gdzie się pojawia, to jest kochany. Nie tylko za to, jak gra, ale za to, jakim szczerym jest człowiekiem. Czasem zachowuje się jak duże dziecko, które lubi się pośmiać i pobawić.

Co innego, gdy mówimy o jego umiejętnościach koszykarskich. Tutaj myśli jak profesor. Świetnie rozumie grę, widzi to, czego większość zawodników nie dostrzega. To sprawia, że łatwo gra się z nim kolegom, a trenerzy nie mają kłopotów z przekazaniem planów taktycznych. Nie jest egoistyczny, nie uważa się za gwiazdę. Moim zdaniem ogromny aut stanowi charakter. To człowiek, który unika kłopotów. Jestem przekonany, że z biegiem czasu będzie pobijał największe koszykarskie rekordy.

Co stoi za tak wielką siłą słoweńskiego basketu? Poza Cedetevitą Olimpiją Lublana wasz kraj nie ma mocnych klubów na europejskich arenach. Mimo to od 2017 roku zespół z Donciciem w składzie zalicza się do najmocniejszych ekip globu.

Niezależnie do którego kraju nie wsadziłbyś Luki, to ten zespół z miejsca znalazłby się w czołowej dziesiątce Europy. To jest jeden z powodów, dla którego Słowenię uważa się za jedną z najlepszych reprezentacji świata. Jestem przekonany, że gdybyś do zespołu na przykład z 2009 roku wsadził Doncicia, to też zostalibyśmy złotymi medalistami EuroBasketu.

Jeśli chcemy odpowiedzieć na pytanie, skąd bierze się tyle talentów w Słowenii, należy zwrócić uwagę na kulturę sportu w tym kraju. Mamy wielu topowych sportowców w innych dyscyplinach – piłce nożnej, piłce ręcznej, siatkówce, kolarstwie, skokach narciarskich. Moglibyśmy jeszcze kilka powymieniać.

Zmierzam do tego, że sport jest w DNA każdego Słoweńca. Jeśli pojedziesz do mojej ojczyzny, to rzadko kiedy spotkasz kogoś, kto w ogóle nie ćwiczy albo przynajmniej nie spaceruje. Każdy ma swoją ulubioną aktywność, której poświęca się w czasie wolnym. Niektórzy ćwiczą amatorsko, inni profesjonalnie. Jedni samotnie, drudzy całymi rodzinami. Chyba nie potrafimy usiedzieć w miejscu (śmiech).

W przypadku koszykówki możemy pochwalić się dobrymi szkołami sportowymi. Brakuje im trochę finansowania, by wejść na wyższy poziom, ale zawodnicy do pewnego momentu mają okazję płynnie się rozwijać. Za moich czasów słoweńska liga stała na solidnym poziomie. Każdy młody, utalentowany koszykarz mógł się wypromować grając przeciwko dorosłym. Teraz trend wygląda tak, że już 16- czy 17-latkowie wyjeżdżają na przykład do Włoch lub Hiszpanii i tam przygotowują się do seniorskiej koszykówki.

Co doradziłby pan dzisiaj młodemu Bostjanowi Nachbarowi zmierzającemu do Houston Rockets?

Żeby lepiej analizował swoją grę. Próbowałem to robić, ale wychodziło to różnie. Z pewnością dzisiejsza wiedza i technologia pozwoliłaby mi wejść na wysoki poziom jeszcze szybciej. Być może rozwinąłbym się lepiej? Kto wie. Pamiętam, że jako koszykarz za bardzo opierałem się wyłącznie na intuicji. Często myślałem o mojej grze w skali dnia, a nie w skali długoterminowej. Analityczne myślenie w rozsądnych ilościach może bardzo pomóc w rozwoju. Nowa generacja koszykarzy ma do dyspozycji świetne narzędzia do pracy. Za moich czasów naszym jedynym narzędziem była tylko piłka do kosza.

Basket nauczył mnie jednak, by nie poddawać się w życiu, jeśli przyświeca ci marzenie, które nie daje ci spać. Mam wrażenie, że zbyt wiele osób rezygnuje dziś ze spełniania celów, tylko dlatego, że wymagają one długiej pracy. Staram się przenosić nawyki z kariery koszykarskiej do obecnego życia. Motywacja i nieustępliwość pozwalają mi spełniać się również po przygodzie z basketem. To pewne nawyki, które widzę u ludzi sukcesu niezależnie od szerokości geograficznej.

Na koniec zestawmy pana z Igorem Rakoceviciem w klatce MMA. Kto by wygrał? Wiem, że obaj złapaliście bakcyla do mieszanych sztuk walk podczas wspólnej gry w Efesie Stambuł.

Znacznie wcześniej zacząłem interesować się MMA. Nawet wcześniej niż większość ludzi w Stanach. Grałem w Houston, gdy zobaczyłem, że kumple oglądają jakieś bijatyki. Zapytałem się, co to jest. Szybko zainteresowałem się walkami, a gdy trafiłem do Efesu, to zachęciłem do tego Igora. On bardzo aktywnie do tego podszedł. Mocno zaangażował się w treningi jiu-jitsu i MMA. Jestem przekonany, że z pewnością by mnie pokonał. Jego trzeba już traktować jak profesjonalnego zawodnika sztuk walk. Ja do niego nie mam podejścia… przynajmniej w MMA (śmiech).

Czytaj też:
Gortat skomplementował Sochana. „Byłbym ostatnią osobą, która mogłaby go uczyć rzutu”
Czytaj też:
Kumulacja transferów w NBA. Kevin Durant i Russell Westbrook w nowych zespołach

Źródło: WPROST.pl