Piotr Stokowiec dla „Wprost”: ŁKS nie ma zepsutej szatni. Nie da się zjeść słonia na raz

Piotr Stokowiec dla „Wprost”: ŁKS nie ma zepsutej szatni. Nie da się zjeść słonia na raz

Piotr Stokowiec
Piotr Stokowiec Źródło: Newspix.pl / Radosław Jóźwiak/Cyfrasport
Piotr Stokowiec przejął ŁKS Łódź w ekstremalnie trudnej sytuacji i pragnie zrobić wszystko, by go utrzymać. W obszernej rozmowie z „Wprost” tłumaczy problemy swojej nowej drużyny oraz wyjaśnia, co musi się zmienić, aby Rycerze Wiosny osiągnęli cel.

Po kilku sezonach przerwy ŁKS Łódź wrócił do Ekstraklasy, ale idzie mu jeszcze gorzej niż przed laty. Fatalne wyniki sprawiły, iż władze klubu zdecydowały się zatrudnić Piotra Stokowca w roli ratownika. Dlaczego nie bał się tego wyzwania? Na czym polegał jego rachunek sumienia? Czy Rycerze Wiosny mają trudną szatnię? Jak chce pomóc piłkarzom pod kątem psychologicznym? Czego nie zdąży zrobić w kilka dni lub tygodni? Co sądzi o słowach Adama Marciniaka? Z czego wziął się kryzys ŁKS-u? Jak docelowo ma wyglądać jego drużyna? Zapraszamy do lektury.

Wywiad z Piotrem Stokowcem, trenerem ŁKS-u Łódź

Gdzie pan był, gdy pana nie było przez prawie cały poprzedni rok?

Odpoczywałem po 11 latach niemal ciągłej pracy. Oczywiście po drodze też miałem przerwy, ale nigdy takiej długiej. Musiałem też zadbać o własne zdrowie, bo zazwyczaj brakowało na to czasu. Dokonałem też czegoś w rodzaju rozrachunku własnej pracy.

Rachunek sumienia?

Bardziej analiza. Udzielałem się w szkole trenerów jako edukator a także prelegent na konferencjach trenerskich organizowanych przez regionalne związki. Prowadziłem zajęcia ze studentami na Politechnice Gdańskiej oraz warszawskim AWF-ie w zakresie psychologii sportu. Chętnie dzielę się wiedzą z innymi trenerami. Byłem ekspertem w studiu Ligi Mistrzów w Polsacie.

Zaliczyłem kurs językowy na Malcie. Wraz z żoną byłem na meczach Champions League: Liverpool – Real Madryt na Anfield Road oraz AC Milan – Napoli na San Siro. Odbyłem ponadto staż trenerski w Benfice Lizbona. Trochę się tego uzbierało.

W końcu jednak miałem czas, aby spojrzeć z boku na samego siebie. Nabrałem dystansu do tego wszystkiego i głodu do dalszego działania.

W piłce nożnej czas się nie zatrzymuje i trzeba na bieżąco aktualizować swoją wiedzę. Ułożyłem własną filozofię dotyczącą tego, jak chciałbym pracować. Złożyłem to sobie w całość. Chodziło o to, by jeszcze bardziej poprawić swoją efektywność. Zawsze czas jest najcenniejszym kruszcem, a chciałbym w pracy móc skupiać się mniej na kwestiach operacyjnych, a bardziej na myśleniu strategicznym.

Poczuł pan wypalenie zawodowe?

Na szczęście nie. Wypoczynek był mi jednak potrzebny. Zawód trenera wiąże się z dużym obciążeniem. Mam natomiast w sobie sporo energii, co chyba wynika z mojego temperamentu. Na pozór jestem spokojny, ale wewnątrz walczący i żywiołowy. Mały reset był mi potrzebny, ale nie przytrafił mi się żaden moment rezygnacji czy wypalenia.

Pojawiła się taka teza, że pana przyjście do ŁKS-u oznacza mniej więcej tyle, iż pana kariera trenerska znalazła się na zakręcie. Że ŁKS to dla pana „make or break” w Ekstraklasie.

Gdy przejmowałem Lechię, też oceniano to różnie. Klub nie cieszył się dobrą opinią. Władze szukały kogoś, kto poukłada tę trudną szatnię. Poradzi sobie z zawodnikami mającymi wielkie ego. Po utrzymaniu, Lechia zdobyła brązowy medal w Ekstraklasie, zagraliśmy dwa razy w finale Pucharu Polski i jeden z nich wygrywając, podobnie jak Superpuchar. Dostaliśmy się też do rozgrywek międzynarodowych. Być może nikt się tego nie spodziewał w dalszej perspektywie.

Jeśli więc teraz, kiedy przyszedłem do ŁKS-u, ktoś wyraża swoją opinię, to ja ją akceptuję, przypominając fakty. Ja robię swoje i chciałbym, aby ŁKS również odbudował swoją markę, lecz najpierw trzeba zrealizować inny cel, a mianowicie utrzymać się w Ekstraklasie.

Tabela Ekstraklasy i pozycja ŁKS-u Łódź

Nie analizował pan propozycji z ŁKS-u pod takim kątem?

Każdy chciałby pracować w wielkich klubach. Ja za taki uważam ŁKS Łódź. Generalnie lubię pracować, najlepiej długodystansowo i z tego są efekty. Przykładam dużą wagę do organizacji, dyscypliny i myślę, że nie mam się czego wstydzić, patrząc na drużyny, na których miałem czas odcisnąć moje piętno.

W Zagłębiu Lubin był awans do Ekstraklasy, potem puchary, udało się wprowadzić wielu młodych zawodników do drużyny. Nie boję się tego głośno powiedzieć, że to mój znak firmowy. Widzę w tym pewną misję. Jestem wdzięczny losowi za to, iż mogę być trenerem, bo robię to, co kocham i chcę się odwdzięczyć polskiemu futbolowi, stawiając na młodzież. Tak było w Polonii Warszawa, w Zagłębiu Lubin i w Lechii Gdańsk. Serce mi się cieszy, gdy widzę zawodnika, którego wprowadzałem do dorosłej piłki a teraz świetnie sobie radzi w Europie.

Nie myślał pan, że to jest spore ryzyko wzięcie ŁKS-u w obecnej sytuacji? Na zasadzie, iż można łatwo sobie nabrudzić w CV?

Jestem za młody, aby już odcinać kupony i chełpić się dokonaniami. Nie mam się czego wstydzić, ale życie to też są wyzwania i podejmowanie nieoczywistych wyborów – jak na przykład objęcie zespołu będącego w trudnej sytuacji i wyprowadzenie go na prostą. Już to wcześniej robiłem z powodzeniem i to jest satysfakcja porównywalna do zdobycia medalu.

Pamiętam, że gdy za drugim razem przychodziłem do Zagłębia, procentowo nie dawano nam dużych szans na utrzymanie, a jednak udało nam się uratować się pomimo trudności.

Na bazie tego wprowadzania młodych piłkarzy do seniorów chciałbym zapytać, czy dyrektor Dziedzic albo prezes Salski postawili panu jakieś specjalne zadania? Abstrahując oczywiście od tego głównego, to znaczy walki o pozostanie w Ekstraklasie.

Mnie nie trzeba namawiać do stawiania na młodzież. Tylko pod warunkiem, że młody zawodnik jest gotowy, a nie dlatego, że jest młody. Już w pierwszym meczu dałem zadebiutować jednemu piłkarzowi (Janowi Łabędzkiemu z Lechem Poznań – przyp. red.) i być może będą kolejne. Nie robię tego na pokaz. Nadrzędnym celem jest jednak zdobywanie punktów i sprawienie, aby klub zachował status klubu Ekstraklasy. To jest priorytet, a na jego tle wprowadzanie młodzieży to cel numer trzy lub cztery.

Wspominał pan wcześniej o przejmowaniu trudnych szatni. Czy ta ŁKS-u również taką jest?

Ta szatnia nie jest zepsuta. Ja paradoksalnie lubię, gdy jeden czy drugi zawodnik ma nieoczywisty charakter i jest w pewnym sensie niepokorny. W przeszłości potrafiłem to przekuć na korzyść dla zespołu. Nadrzędnym kryterium zawsze pozostaje jakość piłkarska i tego nie da się zastąpić. Z resztą sobie poradzę.

Potrafię rozpoznawać i odpowiednio interpretować różne zjawiska psychologiczne. Wraz z moim sztabem szkoleniowym mamy w tym względzie sporo do powiedzenia. Wraz z Łukaszem Smolarowem i psychologiem Pawłem Habratem, z którym współpracowaliśmy przez ostatnie 12 lat, popełniliśmy niedawno publikację dotyczącą przygotowania mentalnego w piłce nożnej – suplement do Narodowego Modelu Gry. To był zbiór wiedzy z naszej 12-letniej pracy szkoleniowej. Sądzę, że wyszło z tego coś wartościowego. Mam wiedzę i doświadczenie jak radzić sobie w różnych sytuacjach.

Na pana powitalnej konferencji prasowej z pana ust padło coś takiego, że w ŁKS-ie będzie więcej pracy nad głowami piłkarzy niż nad ich nogami.

Myślę, że na poziomie trenera UEFA Pro, pracującego w Ekstraklasie, bardziej trenuje się głowy zawodników, a nie ich nogi. Głowa może pomóc sportowcowi, ale może też mu przeszkodzić. Niestety mam wrażenie, że ten temat w futbolu jest traktowany po macoszemu. Praca psychologa z miejsca kojarzona jest z problemami, a w klubach sięga się po nich na zasadzie „pali się stodoła, więc trzeba wezwać strażaka”. Oczywiście dzisiaj widać duży postęp względem tego, jak to wyglądało dekadę temu, gdy zaczynałem pracę trenerską. Dzisiaj pracę psychologa sportowego łatwiej zdefiniować. Ja uważam, iż należy zapobiegać, przeciwdziałać i edukować zawodników. Budować ich świadomość boiskową i pozaboiskową.

W tej chwili w ŁKS-ie też budujemy drużynę dbając o przygotowanie techniczno – taktyczne, motoryczne, a także mentalne. Trzeba pamiętać, że to jest proces. Nie wystarczy powiedzieć: panowie, bądźcie skoncentrowani. Niektóre proste rzeczy wcale nie są oczywiste w warunkach meczowych, stresowych. Myślę, że dotarcie do głów piłkarzy, znalezienie kanału komunikacji jest kluczowe.

twitter

Gdy jesteś na dnie tabeli, ciężar bywa przytłaczający. To trochę jak przy rzucie karnym, gdy bramka wydaje się mała, a bramkarz wielki. Dążyliśmy więc w początkowej fazie pracy do uproszczenia zadań, aby one wychodziły na boisku. Dzięki temu zawodnicy nabrali pewności siebie i znów poczuli, że mogą. Na razie los nas okrutnie doświadcza, lecz wierzę, że wyjdziemy z tego.

W psychologii sportu liczy się konsekwencja. Nie powinieneś ulec frustracji i tracić odpowiedniego nastawienia.

Co sprawiło, że niegdyś udało się panu wyciągnąć z kryzysu Zagłębie czy Lechię i co mogłoby być przyczynkiem do tego również w ŁKS-ie?

Gdyby to było takie proste, to by nikt nie wpadał w kryzysy (śmiech). Każdy przypadek jest inny. Na początku nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Jakich zawodników, jakie osobowości spotkasz w szatni. Jaki styl zarządzania będzie odpowiedni? Autokratyczny, czy demokratyczny, a może mieszany? Nie da się zarządzać różnymi drużynami zawsze w tym samym stylu.

Na przykład wchodząc do Lechii musiałem być bardziej autokratą, aby zrobić porządek i uzdrowić relacje. Tamta szatnia tego potrzebowała. Czasem należy tak postąpić nawet kosztem liderów. A potem drużyna sięgnęła po medal czy Puchar Polski, więc to była słuszna droga. Ale nie wszędzie tak jest. Zagłębie z kolei to była zupełnie inna ekipa. Dużo młodzieży, której należało okazać wsparcie i trochę ojcować niektórym. Wtedy nakładanie wielkiej presji na graczy mogłoby wszystko zniweczyć.

Tutaj dopiero dokonuję swoistego researchu. Na pewno jedną rzeczą, którą chciałbym przekazać zawodnikom, jest to, aby przestali ciągle myśleć, ile mogą stracić, a pomyśleli, co mogą zyskać. Rozumiem trudną sytuację, aczkolwiek nieustanne dokładanie sobie ciężaru „co się stanie jak przegramy” niczemu nie służy. Chcę zmienić nastawienie zawodników.

To jak myślimy przekłada się bezpośrednio na nasze zachowanie. Czarnowidztwo nikomu nie służy. Wprowadza obawy i niepewność, nie możesz wtedy pokazać pełni swoich możliwości.

Był pewien schemat powtarzający się w meczach ŁKS-u. Drużyna traciła gola i zamiast sportowej złości było zwieszanie głów. Co wyglądało, jakby w tym zespole nikt nie wierzył, że można odwrócić losy spotkania, bo z góry jest się skazanym na przegraną.

Doświadczyliśmy tego w starciu z Górnikiem. Mieliśmy naprawdę dobre 60 minut, ale straciliśmy kuriozalną bramkę na 0:1 (centrostrzał Michala Siplaka – przyp. red.), a potem na 0:2 po indywidualnym błędzie. Wszystko się posypało.

Taki jest jednak sport. Ja też jedną przemową nie zmienię postawy i nawyków zakorzenionych u piłkarzy. Kilka odpraw grupowych już odbyliśmy, trochę spotkań indywidualnych też i zaczynam zauważać efekty. Z Lechem Poznań podjęliśmy walkę, strzeliliśmy na 1:2 i mieliśmy szansę, aby doprowadzić do remisu. Wróciliśmy do gry, choć prosta bramka na 1:3 zniweczyła nasze starania. Niemniej podjęliśmy rękawicę. To był mały znak, że zaczyna dziać się coś pozytywnego.

Ze Śląskiem Wrocław szybko straciliśmy gola, lecz potrafiliśmy odpowiedzieć na remis i dążyliśmy do zwycięstwa. Niestety bramka w ostatniej minucie to nie jest nic przyjemnego. Nie życzę tego najgorszemu wrogowi, choć takie rzeczy w piłce się po prostu zdarzają. Da się przegrać finał Ligi Mistrzów w trzy minuty, wygrywając 1:0. Każdego może to spotkać.

Ale pracujemy i tak jak kiedyś powiedziałem – nie da się zjeść słonia na raz. Na sferę mentalną składa się wiele tematów: konsekwencja, odpowiedź, nastawienie, pewność siebie, opanowanie... Nie da się tego zrobić w parę dni czy tygodni. Jedna sprawa to teoria, a trzeba zdać sobie sprawę, że trzeba to przepracować w praktyce. Na szczęście widzę postęp. Zawodnicy zaczynają to rozumieć i wdrażać. Mocno wierzę, że przyjdą efekty.

Kluczowe jest to, aby znaleźć właściwy kanał komunikacyjny. Każdy człowiek jest inny, ma inną percepcję, inaczej myśli, w drużynie jest sporo obcokrajowców, kultur, nawyków. Do jednego przemawia głos, inny woli odprawę video, trzeciego trzeba ostrzej potraktować, czwartego ośmielić do odważniejszej gry... Tu nie ma jednego schematu. Mówimy o grupie 30 osobowości.

Juergen Klopp kiedyś powiedział, że bardziej wierzy w trening niż w transfery.

Teraz nie jest czas na rozstrzyganie o przydatności poszczególnych graczy. Selekcja trwa i będzie trwała, między innymi adekwatnie do naszych możliwości finansowych. Zapewne spróbujemy zrobić zimą parę korekt. Natomiast ja również wierzę w dobrą organizację, w pracę i to, że ona się zwyczajnie obroni.

Chcemy przekierowywać uwagę z ciągłego myślenia „musimy się utrzymać” czy „nie możemy przegrać meczu”, bo to nic nie da. Zamiast tego dajemy piłkarzom konkretne zadania do realizacji, przedstawić je jasno i ich z tego rozliczać. Znamy główny cel, który powinien wyniknąć z odpowiedniej realizacji mniejszych zadań.

Jak drużyna reagowała na poszczególne porażki? Każda z nich była zupełnie inna od poprzedniej.

Doświadczyłem tu tyle przez trzy tygodnie, co czasem przez całą rundę (śmiech). Nastroje i reakcje bywały różne. Głośnym echem odbił się wywiad Adama Marciniaka.

Poniósł się...

Oczywiście, że tak. Adam chciał wziąć tę porażkę na klatę. Nie pobiegł pod prysznic i nie pojechał od razu do domu. Przynajmniej próbował coś zrobić, coś powiedzieć. Wylała się z niego frustracja i bezradność. To nie do końca jego wina, nie był „wyposażony w narzędzia” pomagające lepiej reagować w takich momentach. Przerobiliśmy to jednak razem i sądzę, że Adam pokazuje, że nadal potrafi kierować drużyną oraz być dobrym kapitanem.

O to generalnie chodzi, aby w piłkarzach była reakcja. Lepiej jeśli pojawiają się złość czy nawet płacz po porażce. Gorzej, jeśli nic nie ma. Dobry przykład dał Ilkay Guendogan po El Clasico. Powiedział wtedy otwarcie, że chciałby widzieć w szatni więcej frustracji i poczucia rozczarowania.

U nas przynajmniej była frustracja – to pokazuje, że piłkarzom zależy.

Ja wierzę w drużynę, bo już coś takiego przerabiałem. W Zagłębiu Lubin też przegrywaliśmy w kuriozalny sposób. Przychodziłem do zespołu i początki były bardzo trudne. Z Wartą Poznań przegraliśmy 0:4 u siebie, następnie pojechaliśmy do Białegostoku. Do 88. minuty prowadziliśmy 1:0, dwie minuty później było 1:1, a w 98. straciliśmy gola z niczego na 1:2. Wtedy też trzeba było podnieść drużynę i to się udało. Później dla odmiany wygraliśmy z Rakowem 1:0, z Radomiakiem 6:1...

Trzeba więc wierzyć, pielęgnować to w sobie, zachować konsekwencję. Żadna seria nie trwa wiecznie. Ani wygranych, ani przegranych.

Zahaczmy o konferencję prasową po starciu ze Śląskiem Wrocław. Oglądałem ją i choć zachował pan spokój, to wydawało mi się, że nie było łatwo utrzymać nerwy na wodzy. Miałem rację?

Ja też jestem tylko człowiekiem i takie porażki mnie kosztują. Jako trener muszę jednak właściwie poradzić sobie z własnymi emocjami, aby zapanować na emocjami zespołu. Sądzę, iż to cechuje każdego dobrego trenera. Wolę, aby „paliło się” na treningu. To tam zespół musi pokazywać swoją wolę walki i przekładać ją na mecze.

twitter

Chciałbym też zapytać o pana słowa z ostatniej konferencji prasowej. „Wierzę, że jeśli będziemy trzymać się razem i nie zabraknie między nami szczerości, dojdziemy do efektów”. Czy w tych słowach było jakieś drugie dno?

Nie, to nie jest zepsuta szatnia. Chodziło mi o to, że w procesie treningowym liczy się budowanie relacji. Dziś niemal każdy zespół ma kłopoty z komunikacją. Zawodnicy ze sobą nie rozmawiają. Dzisiaj standardowa szatnia jest wielokulturowa. W naszej jest dziesięciu obcokrajowców. Nie twierdzę, że to problem sam w sobie, natomiast wspomniana szczerość jest bardzo ważna.

Nie doszukujmy się w tym drugiego dna. Mi chodzi o codzienne sprawy i konkretne określanie swoich oczekiwań przez zawodników. Kiedy coś na boisku nie wychodzi, to zwracam się do kolegi, a nie mówię o tym innemu za plecami. Piłkarze muszą być szczerzy wobec siebie i otwarcie się porozumiewać. Albo po meczu powiedzieć sobie konkretnie, to i to było dobre a to trzeba poprawić. Unikać ogólników. Lepiej byłoby na zasadzie: „Słuchaj, stary, ja wymagam, żebyś ty tu za mną zapieprzał, że jak ja chcę zagrać w tym kierunku, to ty masz tam być”. Albo: „Sorry, może czasem mi się nie uda jakieś zagranie, ale nie obrażaj się, bo mi coś nie wyszło”. Trzeba unikać niedopowiedzeń, które mogą wynikać z tego, że ktoś się boi zwrócić do kolegi, bo obawia się popsucia relacji. Ale podkreślam, tego brakuje w wielu zespołach.

Piłkarze często boją się wyartykułować swoje emocje. Ja jednak wolę, gdy szatnia żyje. Nawet jeśli dojdzie do spięcia, to po prostu jest lepsze i bywa oczyszczające. Przeszliśmy ostatnio taką drogę, że musimy ze sobą otwarcie rozmawiać. Podkreślam więc – w moich słowach nie było żadnego drugiego dna.

Warto dbać o integrację w drużynie. Budowanie relacji to także spotkania poza klubem, ogniska, zimowe kuligi, wspólne wyjścia na kolacje, można wyskoczyć na paintball... Wszystkie tego typu aktywności sprawiają, że na pewien czas odwraca się uwagę zawodników i oni zbliżają się do siebie. Nie jest to proste, zbudować taki monolit, ale gdy już się uda, on zostaje na długo. W ŁKS-ie jest wielu nowych zawodników i trzeba zadbać o te relacje, bo przebudowa drużyny nie oznacza tylko spraw boiskowych, lecz również wiele pozapiłkarskich.

Na koniec zboczmy na to boisko. Mówiliśmy dziś wiele o psychologicznych kwestiach w funkcjonowaniu zespołów, ale chciałbym też dowiedzieć się, jak docelowo ma wyglądać ŁKS Piotra Stokowca stricte pod względem stylu gry. Co ma go wyróżniać?

Efektywność. Chciałbym, aby kibic przychodzący na stadion widział drużynę energetyczną, zaangażowaną, stwarzającą sytuacje, która w polu karnym przeciwnika ma kilku zawodników w fazie finalizacji akcji, potrafi grać agresywnie i wywierać presję na rywalu, ale też bronić się z poświęceniem, gdy zajdzie taka potrzeba.

Jako trener muszę dopasowywać styl do możliwości moich zawodników. Pragnę wykorzystać maksymalnie potencjał. Musimy mieć odpowiedni balans między defensywą a ofensywą. Jest tu miejsce i dla tych, którzy są mobilni, waleczni i grają z poświęceniem dla innych, ale też i dla graczy kreatywnych, nietuzinkowych.

Ponadto dobrą technikę wykorzystasz tylko wtedy, kiedy jako zespół jesteś właściwie zorganizowany. Masz rosłego napastnika, a zatem musisz wymyślić coś, by wykorzystać ten atut. Masz piłkarzy z niezłym uderzeniem z dystansu, więc warto stworzyć im warunki do wykorzystania tego.

Ostatnie wyniki ŁKS-u Łódź w Ekstraklasie

To jakie są te główne założenia?

Nie chciałbym zdradzać dokładnych szczegółów taktycznych z wiadomych względów. Ostatnio gramy na dwóch napastników i często chcemy mieć ich w polu karnym. Drużyna powinna być uporządkowana i różnorodna. Potrafiąca rozpoznawać sytuację na boisku. Jeśli przeciwnik pozwala grać między liniami, to wtedy gramy krótko między liniami. Jeżeli zostawia miejsce za linią obrony, to postarajmy się zagrywać piłki za linię obrony.

Myślę, że pod względem tego, co byśmy chcieli grać, w wielu fragmentach wyznacznikiem może być spotkanie ze Śląskiem Wrocław. Gdy już opanowaliśmy emocje po początku meczu i straconym golu, potrafiliśmy grać kreatywnie, rozgrywać akcje oskrzydlające czy na wolne pole. Sytuację bramkową poprzedziła akcja wielopodaniowa.

To są naczynia połączone. Nie ma jednak sensu, żebym się teraz rozpływał i opowiadał, że chciałbym, aby ŁKS wyglądał jak Brighton trenera De Zerbiego, bo trzeba dostosować styl do wykonawców.

Poznaję, czym dysponuję i do tego chcę dostosować sposób grania. Na przykład uznałem, że potrzebujemy więcej stabilności w środku pola i stąd przesunięcie Adriena Louveau do pomocy. To nie jest stoper przestawiony do pomocy, bo on był szkolony w Lens właśnie na „szóstkę”. Uważam, ze wraz z Michałem Mokrzyckim dobrze współpracują i na przykład to zamierzamy kontynuować.

Co prawda dopiero przyszedł pan do ŁKS-u, ale powszechnie wiadomo, że pana kontrakt obowiązuje do końca obecnego sezonu. Bierze pan pod uwagę możliwość dalszej współpracy z Rycerzami Wiosny, gdyby jednak nie udało się utrzymać?

Myślenie teraz o tym, co się zdarzy w maju nie ma sensu. Rozpamiętywanie przeszłości albo wybieganie daleko w przyszłość niczemu dobremu nie posłuży. Musimy żyć tu i teraz. Wygrać jeden mecz, drugi, przełamać się, zacząć punktować. Wierzę, że to się stanie, bo dobrze pracujemy i jestem zadowolony z postępów. Ta drużyna coraz mocniej trzyma się razem, jest coraz twardsza, lepiej się komunikuje, potrafi wywierać presję... Jeszcze są rzeczy, które są do poprawy, lecz mam przekonanie, iż w to wkrótce zacznie przynosić konkretne efekty. Musimy być konsekwentni. Wierzę, że nasza praca się obroni.

Czytaj też:
Patryk Klimala opowiedział o ucieczce z Izraela. Wtedy podjął decyzję o powrocie do Polski
Czytaj też:
Niesamowita przemiana w Śląsku Wrocław. Tak buduje się modę na piłkę nożną w Polsce