Tomasz Gollob dla „Wprost”: Będę robił co w mojej mocy, by niemożliwe stało się możliwe

Tomasz Gollob dla „Wprost”: Będę robił co w mojej mocy, by niemożliwe stało się możliwe

Tomasz Gollob
Tomasz Gollob Źródło: Newspix.pl / Marcin Karczewski
– Na nikogo się nie obrażam. Mam uraz, z którym muszę sobie radzić. Sport natomiast jest piękny, niepowtarzalny – mówi Tomasz Gollob w szczerej rozmowie z „Wprost”.

Tomasz Gollob to ikona polskiego żużla. W swoim dorobku ma indywidualne mistrzostwo świata, dwa srebrne medale oraz cztery brązowe w imprezie tej rangi. Do tego sześciokrotnie wywalczył drużynowe mistrzostwo świata. W latach 90. poprzedniego wieku w pojedynkę stanowił o sile Polski w cyklu Grand Prix. Ośmiokrotnie wywalczył indywidualne mistrzostwo Polski, co jest rekordem wszech czasów. Siedem razy natomiast wygrywał ze swoimi zespołami rozgrywki ligowe. W naszym kraju najdłużej ścigał się w Polonii Bydgoszcz. Reprezentował też Wybrzeże Gdańsk, Unię Tarnów, Stal Gorzów, Unibax Toruń oraz GKM Grudziądz.

W 2013 roku Gollob ostatni raz jeździł w cyklu Grand Prix, a w późniejszych latach potrafił wciąż zachwycać kibiców kapitalnymi akcjami m.in. na torze w Grudziądzu. Jego bogatą w sukcesy karierę przerwał wypadek motocrossowy w Chełmnie, który miał miejsce w 2017 roku. Od tamtego czasu legendarny żużlowiec porusza się za pomocą wózka inwalidzkiego i walczy o powrót do zdrowia. W rozmowie z „Wprost” mówi o najważniejszych momentach długoletniej sportowej przygody, o życiu po wypadku. Kieruje do wszystkich ważne przesłanie.

Długa pogoń za tytuł zwieńczona sukcesem

Dawid Franek („Wprost”): Bydgoszcz przyniosła panu siedem wygranych turniejów z cyklu Grand Prix, doskonałą postawę w innych zawodach indywidualnych i ligowych. To sportowe miejsce na ziemi Tomasza Golloba?

Tomasz Gollob: W Bydgoszczy odbywało się wiele imprez międzynarodowych. To był mój tor, na nim się wychowałem. Świetny do ścigania, wyprzedzania. W tamtych latach owal był dobrze ułożony, nawierzchnia „słuchała” toromistrza. Wtedy, kiedy ktoś nie wygrywał startów, to mógł wyprzedzać na trasie. Mnie to się często udawało. Pieczołowicie przygotowywałem się zawsze do zawodów w Bydgoszczy, tak by wypaść, jak najlepiej. Robiłem to wszystko szczególnie dla kibiców, którzy gorąco mnie wspierali. Zasługiwali na zwycięstwa.

Przewaga nad rywalami była uzyskiwana poprzez odpowiedni dobór ścieżek, czy bardziej przygotowaniem sprzętu?

Na wynik w żużlu przypada wiele składowych. Tylko poprzez ciężką pracę można dojść do nieprzeciętnego wyniku. Nigdy nie czułem, że mam lepszy sprzęt. Miałem takiej klasy, a nie innej, a w tamtych czasach trudno było go pozyskiwać od mechaników zagranicznych. Nie ma co ukrywać, że sprzęt z zachodu był szybszy.

twitter

W 1999 roku po raz pierwszy pojawiła się duża szansa na tytuł indywidualnego mistrza świata. Tydzień przed ostatnią rundą Grand Prix w Vojens miał miejsce poważny wypadek podczas Złotego Kasku we Wrocławiu. Jak z pana perspektywy wyglądał start w Danii?

Sytuacja nie była łatwa. W 1999 roku działo się wiele. Przez cały sezon byłem liderem cyklu Grand Prix. Na pewno w Vojens nie było mi dane pojechać w stu procentach przygotowanym do tego turnieju. Miałem w klasyfikacji cztery punkty przewagi nad Tonym Rickardssonem, ale będąc po poważnym upadku, trudno było zwyciężyć i przypieczętować tytuł.

Lekarze cały czas nade mną czuwali i wydali zgodę na mój start. Miałem tylko uszkodzony palec, bez poważniejszych złamań, więc mogłem jechać. Wówczas tor w Vojens był wymagający. Tony natomiast jechał jak z nut i zwyciężył. Ja zdobyłem do klasyfikacji osiem punktów, co dawało mi wicemistrzostwo świata. Mój przeciwnik wygrał w sportowej walce, a ja w tamtym momencie zrobiłem wszystko, na co mnie było stać.

W kolejnych latach w jakiś sposób w głowie pojawiało się rozpamiętywanie tego, co wydarzyło się w sezonie, gdzie uciekł mistrzowski tytuł?

Oczywiście wicemistrzostwo świata było wielkim sukcesem, ale w tamtych latach żużlowa Polska czekała na złoty medal. Wtedy musiałem odłożyć myśli o wywalczeniu tytułu. Należało poczekać kilka lat, by ponownie stworzyć warunki sprzętowe i jeździeckie do tego, by powalczyć o pierwsze miejsce.

To nie było proste, bo przez kilkuletni okres zmieniałem w Polsce kluby, były też zmiany sprzętu – przesiadłem się z Jawy na GM-y. Tak dużo korekt wpłynęło negatywnie na rywalizację w Grand Prix. Wiadomo też, że motocykle musiałem wyczuć, a to nie dzieje się z dnia na dzień. Rozpocząłem współpracę z Janem Anderssonem, nowym mechanikiem. W 2000 roku miałem do tego poważny wypadek samochodowy, po którym też trudno było wrócić do czołówki. Gdy już wszystko poukładałem, to myślę, że od sezonu 2006 miałem obrany kierunek na zdobycie mistrzostwa świata i stopniowo piąłem się co roku w klasyfikacji generalnej, by w 2010 roku być na szczycie.

facebook

Co do zmiany klubów, to przed sezonem 2004 przeszedł pan do Unii Tarnów i znalazł się w drużynie obok Tony’ego Rickardssona, największego rywala z cyklu Grand Prix. Jak wyglądała wasza relacja i współpraca?

Współpraca układała nam się znakomicie. Tony to był wtedy doświadczony zawodnik, z kilkoma złotymi medalami mistrzostw świata, ale ambicji mu nie brakowało. Wcześniej jeździłem z nim m.in. w Anglii w klubie z Ipswich. Byliśmy sobie bardzo życzliwi. Ustaliliśmy pakt partnerski. Mówiliśmy sobie, że z całych sił walczymy wspólnie o sukcesy drużynowe naszych zespołów, a w Grand Prix będziemy godnymi siebie rywalami. I tak też było. Kiedy zdobywał kolejne tytuły, to musiałem po prostu uznać jego wyższość. Często nazywałem go miłym, sympatycznym, ale jednocześnie „zimnym Szwedem” w pozytywnym tych słów znaczeniu.

Po sukcesach w Tarnowie przyszedł czas na Stal Gorzów, a w tym okresie wywalczył pan upragnione zwycięstwo w cyklu Grand Prix. Czy prawdą jest, że rzeczywiście jazda na torze w Gorzowie pomogła w rozwoju nawet tak doświadczonemu zawodnikowi?

Absolutnie tak. W Bydgoszczy mamy duży, szybki tor, łagodne łuki. W Tarnowie jeździło się szybciej, ale były wąskie proste z dynamicznym najazdem. Już startowanie w tych miejscach sporo mi dało. Gdy zdecydowałem się na jazdę w Gorzowie, to spotkałem tor, który był dla mnie dużą zagadką i gdzie musiałem włożyć więcej pracy, by go rozgryźć. Wiele godzin spędziłem na treningach, ponieważ chciałem zrozumieć geometrię. Pamiętajmy, że tam są chociażby ciasne łuki. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że sporo się na tym torze nauczyłem i rzeczywiście pomogło mi to w walce o mistrzostwo świata.

Nicki Pedersen w jednym z wywiadów dla podkarpackiej telewizji powiedział, że został ostatnim żużlowym gladiatorem. Czy pan też się nim czuł, patrząc na to, z jakimi mistrzami trzeba było się zmierzyć w czasie startów w Grand Prix?

Mogę tak o sobie powiedzieć. W Grand Prix miałem do czynienia z grupą wspaniałych zawodników. Był sezon, kiedy w stawce było sporo medalistów mistrzostw świata. Gdy mijał czas Amerykanów, to prym wiedli Szwedzi, później Duńczycy, a wciąż też przewijali się żużlowcy z Australii. Często w jednym biegu spotykali się sami mistrzowie globu. Gdy odszedł Hans Nielsen, to nastała na dobre era Tony’ego Rickardssona, gdy on zniknął, to wtedy zaczął dominować Nicki Pedersen. Cały czas nie było łatwo. Nawiązując do Nickiego, to mam do niego wielki szacunek za to, że pokazuje, jak można ścigać się na żużlu w wieku ponad 40 lat po kilku bolesnych kontuzjach.

Do kiedy jeździłem w Grand Prix, to sam też starałem się jak najszybciej wracać na tor po urazach. Życie sportowe nie było łatwe, ale z czasem zdawałem sobie sprawę, że trzeba wkładać dodatkową energię w pracę, którą się wykonuje, by w stawce tak renomowanych zawodników zostać mistrzem świata.

Piękna era pt. Tomasza Gollob w cyklu Grand Prix dobiegła końca w 2013 roku po fatalnym upadku, który spowodował Tai Woffinden. Pojawiła się wtedy w głowie czerwona lampka sugerująca zakończenie kariery?

Rzeczywiście skończyło się to dla mnie w przykry sposób. Tai miał wtedy szansę na złoty medal, który ostatecznie zdobył, ale w trakcie rundy w Sztokholmie popełnił błąd. Wjechał w tył mojego motocykla i upadliśmy. Miałem problemy z kręgosłupem, ręką. Czekały mnie operacje. To był trudny moment, ale oczywiście nie twierdzę, że Tai zrobił cokolwiek celowo. Wypadek faktycznie postawił znak zapytania, co dalej. Zastanawiałem się głównie nad tym, czy kontynuować karierę w Grand Prix, bo za mną było już 18 lat spędzonych w tym cyklu. Postanowiłem się jednak wycofać. Podjąłem decyzję, że będę dalej startował w lidze, a rozdział związany z mistrzostwami świata trzeba zamknąć.

Tak się złożyło, że w podobnym czasie zakończyła się pana długoletnia przygoda z reprezentacją Polski z sześcioma złotymi medalami Drużynowych Mistrzostw Świata na czele. Jakie jest najpiękniejsze wspomnienie z tego okresu?

Wszystkie finały drużynowych imprez międzynarodowych wspominam miło i trudno wybrać jeden moment. Każdy tytuł smakował wyśmienicie. To była dla mnie wielka przyjemność, gdy zdobywałem z kolegami z zespołu złote medale, a na trybunach widziałem radujących się polskich kibiców. Cieszyliśmy się zawsze najbardziej z tego, że nie zawiedliśmy. Czy można wyróżnić jakieś zawody? Na pewno w Gorzowie (Drużynowy Puchar Świata, rok 2011 – przyp.red.) było trudno i traciliśmy do najgroźniejszych rywali już sporo punktów, lecz zdołaliśmy wywalczyć złoto. W Lesznie (DPŚ, sezon 2009 – przyp.red.) rywalizowaliśmy do samego końca z Australią i w ostatnim biegu musiałem pokonać Leigh Adamsa, który doskonale znał ten tor.

Pod koniec kariery startował pan w polskiej lidze w Unibaxie Toruń, a później w GKM-ie Grudziądz, który dopiero wchodził do elity. Dlaczego powstał pomysł wyboru tego drugiego zespołu?

Chciałem pomóc drużynie, która była beniaminkiem i jednocześnie szukała wzmocnień. Nie myślałem natomiast o tym, żeby ruszać gdzieś dalej w Polskę do innych klubów. To wszystko trwało już ponad 25 lat. W Grudziądzu zamierzałem dźwignąć wynik i wiedziałem, że działacze chcą mnie zakontraktować, stąd decyzja, by sportową drogę kontynuować właśnie w tym miejscu.

twitter

Życie Tomasza Golloba po wypadku

Czas zatrzymał się w kwietniu 2017 roku, kiedy doszło do wypadku na motocrossie w Chełmnie. Kiedyś przez ponad 20 lat czekał pan na indywidualne mistrzostwo świata na żużlu. Teraz toczy się walka o powrót do zdrowia. Cierpliwość to słowo klucz w pana życiu?

To jest dobre określenie. Byłem zaangażowany w to, by dojść na sportowy szczyt, a teraz muszę być zaangażowany w pełni w walce o powrót do zdrowia. Mam nadzieję, że poprzez rehabilitację czeka mnie jeszcze dużo ciekawych rzeczy. W moim życiu najważniejsze są teraz cierpliwość, rehabilitacja, czy też treningi. Nie należy się poddawać. Inne myślenie to zły kierunek. Będę robił co w mojej mocy, by niemożliwe stało się możliwe.

Zapewne pana samopoczucie i to, czy przytrafia się większy ból, zależy od pogody. Teraz, w trakcie zimy, jest najtrudniej?

Tak. Myślę, że wszystkie osoby, które mają uszkodzony rdzeń kręgowy, czy też inny poważny uraz kręgosłupa, zmagają się z tym problemem. Zima sprawia kłopoty, bo trzeba pamiętać, że czasem pojawiają się mrozy, jest wilgotno i to wpływa negatywnie na samopoczucie.

Mówił pan w jednym z wywiadów o tym, że nie udało się przez dwa pierwsze lata od wypadku przespać nocy. Czy teraz choćby pod względem liczby przespanych godzin jest widoczna duża poprawa?

Są dni, w których bardzo trudno jest funkcjonować. Zależy to m.in. od czynników pogodowych, o czym wspominaliśmy. Nie chcę też tylko narzekać, bo łatwo jest to robić i mówić coś negatywnego. Na pewno jednak trudno się żyje. Jaka jest liczba nieprzespanych nocy? Tego już nie da się określić. Czasami uda się zasnąć na kilka godzin, ale są też noce fatalne. Myślę, że każdy człowiek, który ma podobny problem, to uczy się tego wszystkiego od nowa. Wszystko trzeba skrupulatnie obserwować i dostosować się do możliwości.

Jak wygląda sprawa dotycząca stosowania leków? Rozumiem jednocześnie, że medycyna nie znalazła jeszcze pojedynczego leku, który w mocny sposób ograniczyłby ból?

Wiadomo, że bez leków trudno byłoby żyć. Nie zażywam ich może mnóstwo, ale medycyna jeszcze nie znalazła złotego środka, który by mi pomógł na tyle, że każdego dnia odczuwałbym ulgę. Obserwujemy oczywiście to, co dzieje się w medycynie, ale mamy do czynienia z trudnym przypadkiem. Umiejętnie trzeba dostosować się do tego, co podpowiadają lekarze, profesorowie, którzy mają ogromne doświadczenie.

Prof. Marek Harat czuwał nad panem w trakcie kariery i tuż po wypadku w Chełmnie. Dalej po upływie lat utrzymujecie bardzo dobry kontakt?

Tak, oczywiście. Profesor wielokrotnie mnie operował, pomagał w czasie kariery, stąd też, jeśli mam jakiś problem, to zwracam się do niego i uzyskuję pomoc. Cóż można więcej powiedzieć o lekarzu, który zna mnie jak własną kieszeń. Jestem mu za wszystko bardzo wdzięczny, bo wiem, jak trudne wyzwania przed nim stały.

Czy po wypadku pojawiła się myśl „nienawidzę sportu”, czy wręcz przeciwnie i dalej panuje przeświadczenie, że „kocham sport”?

Na nikogo się nie obrażam. Mam uraz, z którym muszę sobie radzić. Sport natomiast jest piękny, niepowtarzalny. Kibicuję wielu sportowcom i strasznie mnie to fascynuje.

Zainteresowanie sportem potwierdza fakt, że działa pan w roli eksperta żużlowego telewizji Canal+. To swego rodzaju terapia, odskocznia?

Bardzo chętnie uczestniczę w różnorodnych wydarzeniach żużlowych. To głównie dlatego, że mogę kibicom przed telewizorami przekazywać informacje o torze, specyfice dyscypliny. Robię to z wielką przyjemnością, tym bardziej że wtedy, kiedy byłem zawodnikiem, to nie wszystkie wieści byłem im w stanie dostarczać.

Bywały takie sytuacje, kiedy nagłe pogorszenie stanu zdrowia sprawiało, że trzeba było odwoływać wyjazdy na poszczególne wydarzenia?

Tak. Kiedy przytrafiła mi się jakaś choroba, która miała przełożenie na ogólny stan zdrowia, to odwoływałem wyjazd. Modlę się, żeby takie sytuacje miały miejsce rzadko.

Domyślam się, że pana największym marzeniem jest stanąć na nogi i swobodnie się poruszać. A jak wygląda sprawa z wsiadaniem na motocykl? Czy zakłada pan taki przejazd, tak jak w przeszłości wiele lat po urazie kręgosłupa zrobił to Krzysztof Cegielski?

Można powiedzieć, że od dziecka jeździłem na motocyklach. Łącznie przez 40 lat. Tych jazd było naprawdę dużo. Nie mam z tym kłopotu, że teraz nie mam takiej możliwości. Właściwie wystarczy mi jak sobie oglądam maszynę i dotykam. A czy gdybym na nią wsiadł, to coś by się dla mnie odmieniło? Myślę, że nie.

Czytaj też:
Duński mistrz włączył się w pomoc dla WOŚP. Można wylicytować wyjątkowe spotkanie
Czytaj też:
Bartosz Zmarzlik wróci do Stali Gorzów? Były prezes mówi o szczegółach

Źródło: WPROST.pl