Duża siła rażenia i sporo defensywnych niedociągnięć. Wnioski po rewanżu Legii z FK Bodo/Glimt

Duża siła rażenia i sporo defensywnych niedociągnięć. Wnioski po rewanżu Legii z FK Bodo/Glimt

Luquinhas
Luquinhas / Źródło: Newspix.pl / Marcin Szymczyk / FotoPyK
Mimo że początkowo rywal wydawał się trudny, Legia Warszawa awansowała do drugiej rundy eliminacji Ligi Mistrzów. FK Bodo/Glimt, bo właśnie z tym zespołem mierzył się stołeczny zespół, przegrało przy Łazienkowskiej 0:2. Czego dowiedzieliśmy się po tym spotkaniu o drużynie Czesława Michniewicza?

Zestawienie Legii z mistrzem Norwegii już w pierwszej rundzie kwalifikacji do Champions League wydawało się dość problematyczne. Mimo zwycięstwa 3:2 w pierwszym meczu i 2:0 w drugim nie można napisać, że Wojskowi wykonali dziecinne proste zadanie. Wręcz przeciwnie, FK Bodo/Glimt postawiło trudne warunki. Tym bardziej kibiców ma prawo cieszyć fakt, że to warszawianie zagrają w następnej fazie eliminacji. Jakie wnioski można wysnuć ze zwycięstwa nad Skandynawami?

W Luquinhasie nadzieja

Kiedy przychodził do Legii dwa lata temu miał łatkę piłkarza robiącego sporo szumu, z którego jednak nie wynika zbyt wiele konkretów. Długo zresztą potwierdzał tę tezę, zwłaszcza kiedy przychodziło mu wykańczać akcje. Wiosna poprzedniego sezonu i początek obecnego sugeruje jednak, że Brazylijczyk w końcu dorósł do roli pełnoprawnego lidera. W obu spotkaniach przeciwko FK Bodo/Glimt był kluczowym graczem. W starciu rewanżowym znów zdobył bramkę (na 1:0), a w ciągu 90 minut wielokrotnie napędzał akcje Legii swoimi nieszablonowymi dryblingami i podaniami. Szkoda, że zmarnował sytuację pod długim podaniu od Andre Martinsa, bo miałby na koncie dwa piękne gole.

Trzeba pracować nad defensywą

W pierwszej połowie realizator kilka razy pokazał trenera Michniewicza, który w pierwszych dwóch kwadransach często kręcił głową na znak rozczarowania. Trudno mu się dziwić – mimo zachowania czystego konta, w pierwszej tercji meczu Norwegowie stworzyli sobie kilka sytuacji, które mogły, a nawet powinny skończyć się stratą gola. Wystarczy przypomnieć sobie dośrodkowania z 18. lub 33. minuty albo uderzenie Sampsteda z 20., aby przekonać się, że obrona Legii wciąż nie funkcjonuje tak, jak powinna. W drugiej połowie, po jednym z rzutów rożnych, Boruca uratowała też poprzeczka.

Szkoleniowiec warszawian zapewne czeka z niecierpliwością, aż w pełni gotowi do gry będą Lindsay Rose i Joel Abu Hanna, bo trio Jędrzejczyk-Wieteska-Hołownia wydaje się zbyt wątłe, aby z nim awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Emreli na razie strzałem w dziesiątkę

Był taki moment, gdy Legia nie potrafiła znaleźć odpowiedniego napastnika na rynku transferowym – Chukwu, Sadiku czy Eduardo to tego dobitne dowody. Po dwóch meczach w eliminacjach do Champions League można zaryzykować stwierdzenie, że Mahir Emreli niemal na pewno nie dołączy do tego grona. W pierwszym spotkaniu z FK Bodo/Glimt strzelił dwa gole, w rewanżu z kolei do siatki nie trafił, ale nawet mimo tego był jednym z najlepszych graczy na boisku. Przeprowadził groźną akcję w 39. minucie i zakończył ją strzałem, znakomicie dośrodkował do Kapustki na początku drugiej połowy, no i przede wszystkim zaliczył błyskotliwą asystę przy bramce Luquinhasa na 1:0. Oby więcej takich transferów do Ekstraklasy.

Czytaj też:
Sancho z jasnym przekazem do kibiców po finale Euro 2020. „Nienawiść nigdy nie wygra”

Źródło: WPROST.pl
+
 0

Czytaj także