Kiko Ramirez dla „Wprost”: Tego brakowało Wiśle Kraków. Czułem, że mnie wzywa, a ja wiem, jak jej pomóc

Kiko Ramirez dla „Wprost”: Tego brakowało Wiśle Kraków. Czułem, że mnie wzywa, a ja wiem, jak jej pomóc

Kiko Ramirez
Kiko Ramirez Źródło: Newspix.pl / Krzysztof Porębski/PressFocus
– Czułem, że Wisła Kraków mnie wzywa i potrzebuje mojej pomocy. Uznałem, iż jestem w stanie to zrobić i przede wszystkim, że wiem, jak to zrobić – przekonuje Kiko Ramirez, dyrektor sportowy Białej Gwiazdy, w rozmowie z „Wprost”. Hiszpan zdradził nam tajniki swojej pracy, przemiany drużyny i wiele innych interesujących klubowych kulis.

– Ile ma pan czasu? – zapytałem, po wejściu do gabinetu. – Ile tylko potrzebujesz – odparł Kiko Ramirez z uśmiechem na ustach. Ostatecznie przegadaliśmy półtorej godziny, czego efektem jest niniejsza rozmowa. Dlaczego wrócił do Wisły Kraków w innej roli i czy nie miał obaw przed podjęciem tej decyzji? Z czego jest najbardziej zadowolony po kilku miesiącach pracy? Jak namówić Hiszpana na transfer do Polski? Jak pomógł Iviemu Lopezowi? Dlaczego Biała Gwiazda wygrywa wszystkie mecze w rundzie wiosennej? Jaka ważna zmiana zaszła w klubie podczas zimy? Czy zostanie przy Reymonta na dłużej? Zapraszamy do lektury rozmowy z dyrektorem sportowym jednego z najbardziej utytułowanych klubów w historii polskiej piłki.

Wywiad z Kiko Ramirezem, dyrektorem sportowym Wisły Kraków

Mariusz Bielski („Wprost”): Wcześniej przez całą karierę pracował pan jako trener, a teraz został pan dyrektorem sportowym. Skąd ta zmiana?

Kiko Ramirez (dyrektor sportowy Wisły Kraków): Wielokrotnie zdarzało mi się już wykonywać zadania typowe dla dyrektorów sportowych. Zawsze się nimi interesowałem. W idealnym świecie szkoleniowiec i dyrektor zajmują się swoimi sferami, ale kiedy zachowują właściwe relacje, praca obu staje się łatwiejsza. Dwie pary oczu są w stanie zobaczyć więcej niż jedna.

I jest więcej czasu, aby porządnie się zająć swoimi obowiązkami.

Najlepiej, gdy trener może poświęcić się wyłącznie trenowaniu i temu, co dzieje się w szatni, a dyrektor sportowy skupia się na funkcjonowaniu klubu i zapewnieniu szkoleniowcowi spokoju w jego pracy. Musi dostarczyć mu najlepszych narzędzi. Jeśli wszystkie obowiązki leżą w gestii jednej osoby, to może być problematyczne. W pewnej chwili najprawdopodobniej zdarzy się coś, czemu poświęcisz zbyt mało uwagi i będziesz miał problem. Trzeba umieć dzielić się pracą.

Dlaczego zdecydował się pan wrócić do Wisły?

Bo wiele dla mnie znaczy, a miała problemy. Tutaj zawsze czułem się szanowany i byłem zadowolony z mojej pracy. Czułem, że Wisła mnie wzywa i potrzebuje mojej pomocy. Uznałem, iż jestem w stanie to zrobić i przede wszystkim, że wiem, jak to zrobić.

Kiedy pracowałem tu jako trener, otrzymałem od kibiców dużo miłości i wsparcia ze strony ludzi związanych z Wisłą. Oni zawsze stali po mojej stronie. Teraz otrzymałem szansę, aby dokończyć robotę i jestem z tego powodu zadowolony.

Przede wszystkim obecnie może pan pracować z osobami bardziej godnymi zaufania niż przed laty.

Jarosław Królewski stworzył ekipę złożoną z młodych ludzi, którym zależy na rozwoju. To również mocno pomogło mi w podjęciu decyzji o powrocie do Wisły. Dzięki temu czuję się komfortowo.

Wiele razy publicznie wyrażałem zainteresowanie i zaniepokojenie sytuacją klubu. Pan Królewski o tym wiedział, więc zechciał ze mną porozmawiać, a ja z nim również. Doszliśmy do porozumienia bardzo szybko i w ogóle świetnie się dogadujemy. Nie bałem się tego wyzwania, nie miałem żadnych wątpliwości. Przyszedłem z entuzjazmem i chęcią do pracy.

Jarosław Królewski nazwał zatrudnienie pana jako dyrektora sportowego „eksperymentem”. Co pan o tym sądzi?

Zgadzam się. Wziął przecież na nowe stanowisko kogoś, kto wcześniej pracował wyłącznie jako trener. Do tego zrobił to w wielkim klubie, który ma ogromne problemy, gdzie presja jest duża, a oczekiwania jeszcze większe. Moment był newralgiczny. Dlatego to rzeczywiście był eksperyment. Z drugiej strony uważam, że identycznie można nazwać fakt, że Wisłą kieruje ktoś tak młody, jak pan Królewski.

Wychodzi więc na to, że mamy do czynienia z dwoma eksperymentami w tym samym czasie (śmiech). Na szczęście mamy spójną mentalność. Obaj chcemy jak najlepiej dla Wisły, a nie dla nas samych. W ten sposób podchodzimy do wszystkich wyzwań, które się przed nami pojawiają.

Dlaczego jednak uznał pan, że może pan być dobrym dyrektorem sportowym? Musiał pan to jakoś analizować.

Przede wszystkim znam ten klub, mam rozeznanie na rynku transferowym, już wcześniej poznałem tutejszą piłkę i kulturę. Sądzę, że wiem, czego potrzeba Białej Gwieździe od strony organizacyjnej i w jaki sposób poruszać się w temacie transferów. Poza tym może to banalne, ale każdy kiedyś jakoś zaczyna. Moje początku są tutaj. Wyzwanie jest duże, lecz posiadam doświadczenie. Ponadto mam dużo kontaktów. Moje „macki” sięgają daleko. Rynek i kluby funkcjonują podobnie zarówno w Hiszpanii, jak i w Polsce. Różnice nie są wielkie.

Ale rozmawiamy o klubach z Primera Division, czy raczej o tych z Segunda B? Moim zdaniem Ekstraklasie jest bliżej do tej drugiej.

Najważniejsze nie jest to, z której ligi ktoś przychodzi, tylko czy ma jakieś sportowe ambicje i chce się rozwijać. Zaręczam, że wszyscy gracze, którzy niedawno pozyskaliśmy, trafili tutaj, bo chcieli podjąć się poważnych wyzwań. Mamy drużynę, która wie, jak wygrywać, jak odwracać losy meczów, ma pozytywne nastawienie i daje nadzieję. To są rzeczy, dzięki którym da się osiągać sukcesy w piłce nożnej.

Razem z moimi bliskim współpracownikami układamy wszystko od zaplecza. Staramy się działać tak, by coraz lepsi zawodnicy chcieli u nas grać, byśmy mogli stwarzać im coraz lepsze warunki sportowo-finansowe. Jesteśmy jednak realistami. Nie obiecujemy czegoś, czego potem nie będziemy w stanie spełnić.

Zależy nam na tym, aby Wisła była wiarygodna i staramy się wydawać pieniądze na tych graczy, którzy faktycznie są tego warci. Nasze obowiązki sprowadzają się do tego, by mylić się jak najrzadziej. W cudzysłowie – musimy robić dobre biznesy.

Wisła jest w takiej sytuacji, że nie może się mylić.

Myliła się bardzo w poprzednich latach. My też nie jesteśmy w stanie obiecać, że nigdy nam się to nie przydarzy.

Chodzi o minimalizowanie ryzyka.

Ze względu na finansowe zobowiązania Wisły przed podjęciem każdej decyzji ważne jest, by mieć możliwie najwięcej informacji na dany temat. Dzięki temu możesz wybierać właściwie, spójnie i uczciwie. Zależy nam, by działania klubu były transparentne.

Czy w takim razie miał pan wystarczająco dużo czasu, aby przygotować dla Wisły zimowe okienko transferowe?

To było wyjątkowo trudne. Przez wiele dni spałem bardzo mało. Było mnóstwo stresu i negocjacji. Ze względów finansowych, kiedy chcieliśmy kogoś pozyskać, jednocześnie trzeba było się kogoś pozbyć, aby mieć środki na nowy ruch.

Muszę przyznać, że jestem strasznie zadowolony z tego, co nam się udało. Wykorzystaliśmy wiele okazji, które możemy nazwać cudami. Raz, że wielu zawodników sprowadziliśmy za mniejsze pieniądze, niż ludzie myślą. Dwa, że udało nam się rozstać z większością piłkarzy, którzy nie cieszyli się zaufaniem trenera, a mieli wysokie kontrakty. Kluby, które ich pozyskały, przejęły 100 procent kosztów związanych z tymi piłkarzami. W futbolu takie sytuacje należy postrzegać w kategoriach cudu.

W tekście bodajże Michała Treli o pana zatrudnieniu padło takie sformułowanie, że Wisła nie zakontraktowała pana, tylko pana notes, który stał się swego rodzaju miejską legendą (śmiech).

(Śmiech). On jest legendarny!

Zawsze musisz zastanowić się, jacy zawodnicy będą pasowali do twojego kraju, zespołu i sytuacji, w której się znajduje. Myślę nie tylko o stronie sportowej, lecz stylu bycia i podejściu danego gracza. Oczywiście najłatwiej opisuje się zawodników od strony stricte piłkarskiej, a w futbolu liczy się też aspekt psychologiczny. Im dłużej pracuję w zawodzie, tym bardziej analityczny się staję, tym więcej rzeczy jestem w stanie wyłapać, a potem otrzymuję feedback. To mi bardzo pomaga.

Z czego jest pan najbardziej zadowolony, jeśli chodzi o zimowe okienko transferowe?

Jestem usatysfakcjonowany tym, że trener jest nim usatysfakcjonowany.

Widzę, że sztab szkoleniowy jest zadowolony z tego, z kim może pracować, podobnie jak piłkarze w drugą stronę. Najgorzej by było, gdyby Radosław Sobolewski przyszedł do mnie i powiedział, że potrzebuje więcej zawodników, bo ten to się nie nadaje, a tamtemu to się nie chce biegać, a jeszcze inny nie stara się na treningach.

Trudno było przekonać zawodników takich jak David Junca czy Tachi, którzy mają w CV występy w La Lidze, aby przeszli do polskiego zespołu z drugiego poziomu rozgrywkowego?

Zapytałem oczywiście trenera: „Sobol, jakich zawodników potrzebujesz?”, ale na rynku transferowym jest jak jest. Ci, co spisują się dobrze, nie muszą szukać nowych pracodawców, bo mają drużyny i w nich grają, posiadają duże i długie kontrakty…

Z drugiej strony, pomyślałem – muszę chociaż spróbować przekonać Juncę. Pierwsza rozmowa była raczej kurtuazyjna. Powiedziałem mu, że to polska druga liga, on na to „nie, nie, dziękuję”. Okej, trudno... Ale potem znowu zadzwoniłem, opowiadałem, opowiadałem, opowiadałem. Minął następny tydzień. „David, myślałeś coś o mojej propozycji? Słuchaj, możesz osiągnąć konkretne rzeczy, to jest wielki i znany klub, poczujesz się dobrze na tym stadionie z tymi kibicami, tutaj możesz stać się legendą, jeśli pomożesz Wiśle”... Za czwartym czy piątym razem już rozmawialiśmy w formie negocjacji, a za szóstym to było przyklepanie transferu.

Ja również jestem zadowolony. Wiem, że w żaden sposób nie oszukałem naszych nowych nabytków. Oni tu przyszli ze względu na swoje sportowe ambicje. Nie przyjechali do Polski dla pieniędzy. Jeśli masz ich dużo, łatwo robi się transfery. Na przykład Pep Guardiola to bez wątpienia znakomity trener, lecz – nie oszukujmy się – pracuje w Manchesterze City. W gabinecie ich dyrektora sportowego stoją worki z pieniędzmi (śmiech).

Co jeszcze motywuje Hiszpanów, by grać w Polsce?

Wszyscy zawodnicy, niezależnie od tego, gdzie są i skąd pochodzą, poszukują jednego – zaufania ze strony trenera. Za każdym razem pytano mnie – kim jest trener Wisły? Odpowiadałem: „To człowiek godny zaufania. Pracował już ze mną. Sobolewski to Polak, klubowa legenda, młody trener z perspektywami, dąży do rozwoju, spokojnie, ja też tobie pomogę…”

Jeśli trafiasz na szkoleniowca, który tylko wymaga i rządzi w sposób autorytarny, a dodatkowo ty kierowałeś się aspektem finansowym, trudno jest odnieść sukces.

Ważne jest też, aby zagraniczny zawodnik trafił do przyjaznego otoczenia. My możemy pomóc na przykład znaleźć przedszkole dla dziecka, otworzyć konto w banku, wynająć samochód, znaleźć mieszkanie... Jeśli wesprzesz nowego piłkarza w tego typu kwestiach, szybciej się zaadaptuje i poczuje, że ktoś o niego zadbał, więc będzie szczęśliwy.

To jest ważne z punktu widzenia Wisły, aby jak najszybciej sprawić, iż piłkarze i ich bliscy poczują się komfortowo w nowym dla nich miejscu. Potem już sam trener zadba o to, by wymagać odpowiednio dużo, a zawodnik będzie mógł skupić się wyłącznie na tym, aby dobrze grać. Mówimy zatem o pracy równie ważnej co ta, którą widzimy na boisku.

Właśnie między innymi to mnie zastanawiało, co takiego wydarzyło się w Wiśle zimą, że jesienią potrafiła wygrać 1 mecz z 11, a w rundzie wiosennej wygrała 6 z 6 spotkań.

Wcześniej Biała Gwiazda nie wygrywała meczów, ponieważ zawodnicy byli myślami gdzie indziej, przy różnych problemach. Kiedy udało nam się je rozwiązać wewnątrz klubu, mogli skupić się wyłącznie na piłce. Właśnie to zmieniło się zimą. To jest cel naszej pracy w gabinetach, żeby ci goście, których potem widzimy na murawie, mogli myśleć jedynie o futbolu. To sekret przemiany.

Z tego punktu widzenia bardzo ważne jest też to, aby płacić na czas. Tak, aby ktoś potem nie musiał się tłumaczyć, dlaczego jeszcze nie zapłacił miesięcznej składki za przedszkole swojej latorośli. Żeby nie trzeba było się martwić o sytuację rodziny, o środki na koncie i tym podobne.

Oczywiście liczy się też fakt, że mówimy zwyczajnie o dobrych piłkarzach, którzy mają aspiracje. Obowiązują ich „contratos de ambición”. Są w tych umowach zapisy dotyczące celów i zadań, które muszą zrealizować, określają stawiane przed nimi wyzwania, motywują. Oby to działało jak najdłużej. Po prostu bywa tak, że kiedy masz problemy w gabinetach, to one przekładają się też na boisko. Słabe wyniki to często jest nasza wina, czyli osób odpowiadających za kwestie organizacyjne.

A czy prawdą jest, iż czasem trudniej przekonać do transferów rodziny lub partnerki piłkarzy niż samych piłkarzy?

Najtrudniej jest z zawodnikami, którzy już mają dzieci, ponieważ to całkowicie zmienia ich życie. Wtedy musisz wziąć pod uwagę też takie rzeczy jak kwestia ich edukacji. Wyrywasz dziecko z jego naturalnego środowiska, wyjeżdżacie do innego kraju. Zdarzają się oczywiście też takie sytuacje, gdy narzeczone obawiają się wyjazdu z kraju. Nie chcą tracić swojego statusu, otoczenia, relacji z bliskimi, własnej pracy.

W Hiszpanii jest dodatkowy „problem”, bo u nas po prostu żyje się dobrze. Mamy znakomity klimat, świetną kuchnię, często świeci słońce, idziemy na plaże napić się piwka...

Ja nie rozumiem, dlaczego ktoś chciałby się stamtąd ruszać!

No właśnie. Dodatkowo w Hiszpanii mamy wielu graczy, którzy już w młodym wieku zarabiają spore pieniądze, a potem patrzą głównie przez ich pryzmat. Nie dostrzegają ciekawych wyzwań, które mogą zrealizować w swojej karierze zawodowej. „Jestem w Segunda A czy Segunda B, płacą mi nieźle, po co to zmieniać?”

Z drugiej strony mamy tych ludzi, którzy chcą się poczuć jak najlepsi piłkarze. Którym zależy na tym, aby czuć się ważni, aby się rozwijać, aby w ogóle otrzymać szansę, na zrobienie większej kariery. W naszym kraju konkurencja jest duża, więc muszą szukać innych dróg i miejsc dla siebie. Dlatego nie boją się zaryzykować i koniec końców wyjeżdżają – jedni z całymi rodzinami, drudzy z partnerkami.

Z naszymi przodkami było trochę inaczej. Wyjeżdżali do Niemiec, Francji czy Argentyny, ponieważ nie mieli za co żyć. Musieli opuszczać ojczyznę, aby móc zaspokoić podstawowe potrzeby. Nie robili tego tylko dlatego, iż chcieli spróbować czegoś nowego i przeżyć przygodę. Nie, w ten sposób walczyli o siebie i o jakość swojego życia. Ja też mam taki charakter.

twitter

Ivi Lopez również do nich należy?

Kiedy tu przybył, chciał od razu jechać. Miał bardzo trudne początki. Ja wtedy współpracowałem z Rakowem, więc porozmawiałem z nim i przyjechałem do Polski, aby mu pomóc. Utrzymywaliśmy też kontakt telefoniczny. Ivi miał poważne momenty zwątpienia w kwestiach zaadaptowania się do życia w Polsce, w Częstochowie. Należało mu pomóc.

Potem był wdzięczny, bo w rzeczywistości wydarzyło się to, o czym mówiono, że może i powinno się wydarzyć. Resztę znamy, został królem strzelców Ekstraklasy, najlepszym piłkarzem w Polsce, zagrał w europejskich pucharach, wygrał dwa Puchary Polski i może zostać mistrzem kraju. Gdy przychodził, nie obiecywałem mu tego wszystkiego. Jedyne, co mu powiedziałem, to to, że rozwinie się jako piłkarz, co pomoże mu w życiu i nie będzie żałował.

A teraz może oczekiwać na oferty z jeszcze większych klubów i lepszych lig. To pewnie też ważne dla Hiszpanów przyjeżdżających do Polski, aby móc się wypromować.

Ivi już teraz mógłby grać w mocniejszej lidze, zarabiać więcej i tak dalej, lecz jemu i Rakowowi udało się znaleźć kompromis, by jeszcze powalczyć między innymi o mistrzostwo Polski. Ale gdy je zdobędzie, to co dalej? Sorry, mistrzem Europy w z polską drużyną nie zostanie, to jest niemożliwe (śmiech).

Myślę, że nadchodzi ten moment, kiedy Ivi będzie musiał się zastanowić, dokąd powinien zmierzać. Są w Europie mocniejsze ligi, a on zasługuje, aby w nich występować, ale zanim to się stanie liczę, iż zdobędzie z Rakowe Częstochowa mmistrzostwo. Tego im życzę, skoro pracowałem dla nich wcześniej. Mają właściciela i trenera, których bardzo doceniam.

twitter

To chyba dobry moment, aby rozwinął pan wątek w kontekście dawniej wypowiedzianych słów – że najważniejsza w piłce nożnej jest siła woli.

Sport to ciągły wysiłek i starania. Starać się, znaczy chcieć, a chcieć, oznacza móc. Moja mentalność została ukształtowania przez sport, więc w tym sensie siła woli determinuje większość tego, co jesteś w stanie zrobić w sporcie. Niezależnie o którym mówimy – aby się rozwijać, musisz ją mieć. Bez ambicji nic nie zrobisz, niczego nie wygrasz. Ja żyję więc według zasady, że niemożliwe nie istnieje. Mam takie powiedzenie: „To, co jest trudne, da się zrobić. To, co wydaje się niemożliwe, należy przynajmniej spróbować”.

Tytuł piosenki „Todos los dias sale el sol” („Każdego dnia wstaje słońce” – z hiszp.) to pana motto życiowe? Nawiązuję oczywiście do piosenki, którą śpiewał pan kiedyś w euforii po meczu swojego L'Hospitalet z Cadizem.

Nie jest to typ muzyki, który lubię (śmiech). Dużo bardziej wolę kapele z lat osiemdziesiątych, takie jak Queen, Dire Straits, albo Erica Claptona. Ale rzeczywiście każdego dnia wstaje słońce. I w piłce, i w życiu. Masz momenty dobre i złe. Trzeba być przygotowanym na oba scenariusze, a kiedy upadniesz – wstawać. Mam już 52 lata, llecz przede mną jeszcze wiele i oczekuje, że w tym czasie słońce zawsze będzie wstawać. Będę walczył o to, by każdego dnia je widzieć. Jednego dnia coś się dzieje, ale następnego dnia może spróbować zrobić coś, by było lepiej. To filozofia, która bardzo pasuje do sportu.

Co konkretnie chcecie osiągnąć na koniec sezonu? Walczycie o awans do Ekstraklasy czy do Primera Division?

(Śmiech)

Nawiązuję oczywiście do tego, że Wisła ma w składzie 7 Hiszpanów, a kibice martwią się, że w momentach kryzysowych potem tworzą się podgrupki, każda żyje swoim życiem i nie ma jedności w szatni.

Spójrzmy na Real Madryt. Gdy zobaczymy na podstawową jedenastkę Królewskich, która wygrała ostatnią Ligę Mistrzów, dostrzeżemy w niej jednego Hiszpana. Reszta to obcokrajowcy. W innych latach, gdy triumfowali, było ich 2 lub 3.

Niby tak, choć to jest jeszcze inny przypadek. Tam niemal każdy obcokrajowiec pochodzi z innego kraju. Modrić to Chorwat, Kroos to Niemiec, Courtois to Belg i tak dalej...

Według mnie to jest dużo gorsze. Znacznie łatwiej jest zjednoczyć przedstawicieli 2 narodowości niż 6. Wtedy mówimy o 6 kulturach, 6 religiach lub wyznaniach, 6 językach... W AO Xanthi mieliśmy na przykład graczy, którzy obchodzili ramadan. Należało to uszanować, ale dla drużyny nie było to łatwe.

Ważniejsza od narodowości jest osobowość każdej osoby. Wtedy nieważne, skąd pochodzisz, w co wierzysz i tak dalej, tylko jakie masz podejście do życia i swojej pracy. Trener Sobolewski też nie ma problemu z tym, aby mieć w zespole kilku Hiszpanów. Jedyne, czym jako klub powinniśmy się przejmować, to styl bycia zawodników. Bo ilu szaleńców z Polski potrzebujesz, by rozbili szatnię? Jednego. A ilu szaleńców z Hiszpanii? Jednego. A z Francji? Też jednego. Nie potrzebujesz pięciu z tego samego kraju.

Jarosław Królewski kilka miesięcy temu stwierdził, że Wisła nie ma swojego DNA. A jak to wygląda z pana perspektywy? Czy to się zmieniło?

Tak. Mamy model gry, na którym się opieramy, konkretny styl, pozyskaliśmy piłkarzy pasujących do naszej wizji gry i uczyniliśmy to przy akceptacji trenera Sobolewskiego. Ponadto mamy określone potrzeby Białej Gwiazdy. Sądzę, iż to wszystko zaczyna być widoczne.

Według mnie Wiśle przydałaby się jeszcze drużyna rezerw, bo w przyszłości może być bardzo przydatna dla młodych zawodników, którzy akurat będą na etapie przejścia z juniorów do seniorów. To ważna rzecz.

Osoba trenera Sobolewskiego cały czas przewija się w naszej rozmowie. Pan już wcześniej go znał, był pana asystentem, kiedy prowadził pan Wisłę jako szkoleniowiec. Jak wam się współpracuje dzisiaj?

Dyrektor i trener muszą się wzajemnie szanować. W innym wypadku to nie miałoby sensu. Znamy swoje obowiązki i się ich trzymamy. Mamy te same cele, aczkolwiek inne kompetencje. Żaden z nas nie próbuje zabierać się za to, co leży w gestii tego drugiego.

Nie korci pana czasem, żeby się jakoś wtrącić? W końcu sam pan był i w sumie nadal jest trenerem.

Zupełnie nie. Kiedy pracowałem jako szkoleniowiec, bardzo nie lubiłem takich sytuacji. W związku z tym doskonale wiem, co poczułby i pomyślał Sobolewski, gdyby do tego doszło. To byłby brak szacunku. Nie możemy działać w sposób zupełnie od siebie niezależny, albo wtrącać się jeden drugiemu. Pomagać – jak najbardziej, ale co innego znaczy „pomagać”, a co innego „wtrącać się w czyjeś kompetencje”.

twitter

Jest ktoś, na kim się pan wzoruje jako dyrektor sportowy?

Swego czasu współpracowałem ze znakomitym dyrektorem sportowym, czyli Quique Carcelem – w czasach L'Hospitalet. On teraz pracuje w Gironie. Wiele rzeczy u niego mi się podobało – jego styl bycia, szacunek jakim darzy trenera. Współpracowaliśmy bardzo blisko, dużo rozmawialiśmy podczas treningów o codziennym funkcjonowaniu klubu, był bardzo pomocny. Swoją postawą wzbudzał szacunek. Nie jest to człowiek, który uważa się za najważniejszego i lepszego od wszystkich. Nie czuje potrzeby „odgrywania głównej roli”.

Pański kontrakt obowiązuje jedynie do końca obecnego sezonu. Musi pan coś udowodnić, aby pozostać w Wiśle na dłużej?

Cieszę się, że wzmocniliśmy zespół, wygraliśmy ostatnie pięć meczów i możemy zrealizować nasze ambicje. Moim marzeniem było pomóc klubowi. O przyszłości jednak też trzeba myśleć. Nie będę ukrywał – Wisła jest zainteresowana tym, bym został na dłużej. Jesteśmy w trakcie rozmów kontraktowych, zbliżamy się. Głównie jednak skupiam się na codziennej pracy i moja głowa jest kompletnie pochłonięta tym, aby zrobić wszystko, byśmy na koniec sezonu byli w Top 6 I ligi.

Czyli decyzję co do pańskiej przyszłości poznamy dopiero po sezonie?

Nie wiem. Zarówno z punktu widzenia mojego, jak i klubowego, byłoby dobrze dalej móc robić swoje. Z perspektywy projektu to by oznaczało zachowanie ciągłości, stabilizację i spokój. W ramach przygotowań do przyszłego sezonu moglibyśmy mieć więcej czasu na pracę. Dla mnie jest ważne, żeby ten ruch był spójny ze względu na to, czego potrzebuje klub oraz czego chcę ja. Oczywiście byłoby najlepiej szybko dojść do porozumienia, by skoncentrować się na przyszłości. Dla mnie to byłoby najlepsze i sądzę, że dla Wisły również. Zbliżamy się do czegoś.

W ostatnich latach w Wiśle było wiele zmian– trenerów i osób zarządzających, stąd moje pytanie.

„Stabilizacja” to słowo klucz. W minionych latach tego jej brakowało, to trzeba powiedzieć jasno. Wydaje mi się, że teraz robimy wiele, aby ona się pojawiła.

Czytaj też:
Roman Kołtoń dla „Wprost”: To może nie jest rewolucja, ale na pewno spora zmiana. Tak Santos odmładza kadrę
Czytaj też:
Bartosch Gaul stracił pracę. Wiemy, kto go zastąpi w Górniku Zabrze

Źródło: WPROST.pl