Po pierwsze - brakuje jej napastnika. Fabregas to jednak nie Messi czy Ronaldo - zawodnik ten dużo lepiej czuje się za plecami napastników niż na środku ataku. Z kolei Torres jest już tylko cieniem piłkarza, który w 2008 roku zdobył bramkę dającą Hiszpanom mistrzostwo Europy - w meczu z Włochami trzy razy mógł pokonać Buffona, i trzy razy nie wiedział jak to zrobić. Widać jak bardzo bolesna dla reprezentacji prowadzonej przez Vincenta del Bosque była kontuzja Davida Villi - z nim w składzie Hiszpania pewnie pokonałaby Włochy, bo Villa - w odróżnieniu od "dzisiejszego" Torresa - nie zwykł marnować sytuacji sam na sam z bramkarzem.
Po drugie - Hiszpanom brakuje świeżości. Piłkarze, którzy wygrali już wszystko co jest w piłce do wygrania, grają na 100 procent swoich możliwości - ale tylko na 100 procent (podczas gdy głodni sukcesu Włosi zagrali na jakieś 120 procent...). Trudno też nie odnieść wrażenia, że w grę hiszpańskiej drużyny wkradła się rutyna - owszem piłka wciąż wędruje między piłkarzami jak po sznurku, ale akcjom brakuje dynamiki, z której Hiszpania w ostatnich latach słynęła. Być może to efekt tego, że hiszpańscy piłkarze nie muszą już nikomu niczego udowadniać - na co ich stać pokazali już w czasie Euro 2008 i Mundialu 2010. Teraz bohaterowie są już zmęczeni.
Dla kibiców (może z wyjątkiem kibiców z Hiszpanii) kłopoty Hiszpanów to jednak dobra wiadomość - kiedy niemal wszystko jest z góry przesądzone trudno emocjonować się turniejem. Po pierwszym meczu Hiszpanów wiemy jednak, że w czasie tych mistrzostw nic nie jest przesądzone.
Artur Bartkiewicz
