Emocjonalny rollercoaster Lecha Poznań. John van den Brom powinien być z siebie dumny

Emocjonalny rollercoaster Lecha Poznań. John van den Brom powinien być z siebie dumny

John van den Brom
John van den Brom Źródło: PAP / Jakub Kaczmarczyk
Pokonując FK Bodo/Glimt, Lech Poznań napisał historię na naszych oczach. Żadna polska drużyna nie wygrała dwumeczu w fazie play-off od 32 lat, aż w końcu zrobił to Kolejorz. W euforii, która nastąpiła, warto zauważyć, że ekipa Johna van den Broma osiągnęła ten sukces mimo pasma prześladujących ją kłopotów.

Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę, że sukces, jakim niewątpliwie było wyjście z grupy Ligi Konferencji i bój z FK Bodo/Glimt został osiągnięty bardziej pomimo czegoś, niż dzięki czemuś. Kiedy spojrzymy na drogę, którą przeszedł Kolejorz od lipca do teraz, zobaczymy… No, może nie drogę krzyżową, ale na pewno też nie przyjemny spacerek. Żeby dojść do 1/8 finału LKE, poznaniacy musieli ominąć mnóstwo przeszkód.

John van den Brom przejął Lech Poznań w arcytrudnym momencie

Praprzyczyną w całej tej historii była oczywiście niespodziewana rezygnacja Macieja Skorży ze stanowiska trenerskiego Lecha. Obecny szkoleniowiec Urawa Reds musiał zrobić sobie kilkumiesięczną przerwę od trenerki z powodów prywatnych. Gdy ogłaszano tę decyzję oficjalnie, poruszenie w środowisku było ogromne, a i w klubie zapanowało niemałe poruszenie.

Bezkrólewie trwało prawie miesiąc. Co prawda zatrudnienie Johna van den Broma ogłoszono po – mniej więcej – dwóch tygodniach, co nie zmienia faktu, że sama zmiana nie była planowana. Ponadto o tyle trudna do przeprowadzenia, że pod wodzą Skorży drużyna notowała najlepsze wyniki od lat – dość powiedzieć, że zdobyła pierwsze mistrzostwo kraju od sezonu 2014/15.

Naturalnie Holender nie był człowiekiem z łapanki, pierwszym lepszym. Na ile się dało, na tyle został prześwietlony, by spełniać odpowiednie kryteria: preferowany ofensywny styl gry, rozwijanie młodzieży, a przede wszystkim doświadczenie w prowadzeniu zespołów na kilku frontach. To ostatnie co prawda brzmi dość ogólnie, ale było bardzo ważne. Wszyscy pamiętamy, jak było poprzednio, kiedy Kolejorz grał w fazie grupowej europejskiego pucharu za kadencji Dariusza Żurawia. Awansu nie było – ani z grupy w Lidze Europy, ani do rozgrywek międzynarodowych z Ekstraklasy. Wtedy ekipa z Wielkopolski skończyła sezon w środku tabeli. Przy kilku wcześniejszych podejściach kończyło się podobnie. Aby znaleźć poprzedni sezon, gdy Lech dobrze radził sobie i w Europie, i na własnym podwórku, należałoby cofnąć się o półtorej dekady.

Czytaj też:
Łukasz Trałka dla „Wprost”: Sukces Lecha Poznań to coś ważnego dla całej polskiej piłki

Taki był plan Lecha Poznań

Jakkolwiek spojrzeć, na tym polu van den Brom nie zawiódł. No, a przynajmniej nie w pełni. Ci, co widzą szklankę do połowy pustą, zauważą, iż Kolejorz traci do pierwszego Rakowa Częstochowa 13 punktów i nie ma szans na mistrzostwo. Optymiści zaś wspomną o obecnie zajmowanym trzecim miejscu i przede wszystkim przejściu do fazy play-off Ligi Konferencji oraz pokonaniu ekipy z Norwegii.

Przede wszystkim jednak optymiści przymkną oko na styl gry poznaniaków w niektórych meczach, a w najlepszym wypadku go zrozumieją. Po pierwszym spotkaniu na Lechitów spadły gromy. W Norwegii głównie się bronili, a potem w mediach pojawiły się nagłówki sugerujące, iż 0:0 na wyjeździe to kompromitacja. Rzeczywiście tamto spotkanie nieco pachniało michniewiczówką rodem z mundialu, ale ostatecznie cel uświęcił środki. Koniec końców chodziło też o strategię na konkretny dwumecz, a nie ogólną filozofię futbolową. Ta różnica jest subtelna, lecz kluczowa w kontekście odpowiedniej oceny działań van den Broma.

Warto bowiem wziąć poprawkę na fakt, że ostrożne podejście do dwumeczu z Bodo/Glimt nie wynikało z desperacji i konieczności improwizacji. Przeciwnie, taki był plan i Lech znakomicie go zrealizował. Zapytany o podstawę sukcesu, powtarzał jak mantrę jedno słowo.

– „Organizacja” to moje ulubione określenie, a jeśli grasz przeciwko mocnej drużynie i zaliczasz dwa czyste konta, to znaczy, że dobrze wykonałeś zadanie. Naturalnie chcieliśmy pokazać więcej w ofensywie. W pierwszej części spotkania sporo nam brakowało w tym aspekcie. Trudno było nam wywierać presję na przeciwnikach. Druga część była pod tym względem dużo lepsza. Mieliśmy przewagę fizyczną, lepiej pressowaliśmy i stwarzaliśmy więcej sytuacji – opowiadał trener.

– W przerwie rozmawialiśmy właśnie o tym – tłumaczył, kolejny raz podkreślając, lepsza gra po przerwie wynikała z faktu, że Lech poprawił się organizacyjnie i z przodu, i z tyłu. – Takiej kontroli zabrakło nam w starciu z Zagłębiem i przez to przegraliśmy. Z Bodo się poprawiliśmy i dlatego awansowaliśmy – mówił. W meandry taktyczne się nie zapędzał, aczkolwiek jako przykład lepszej organizacji podał między innymi znacznie szybsze i bardziej zaskakujące dla rywala przenoszenie ciężaru gry pod jego pole karne.

Wiecznie dziurawa kadra Lecha Poznań

– Napisaliśmy historię. W tym meczu było mnóstwo emocji, momentami był jak rollercoaster. Dzisiaj nie było z nami Radosława Murawskiego, lecz Afonso Sousa i Jesper Karlstroem wykonali świetną pracę – przekonywał. Porównanie do rollercoastera wygląa na wyjątkowo trafne, nawet gdy poszerzymy jego znaczenie i odniesiemy je do całego obecnego sezonu, a nie jedynie dwumeczu z drużyną z Norwegii.

Właśnie na tym przykładzie możemy zauważyć pewną rzecz, mimo której Kolejorz osiągnął sukces. To nie był bowiem pierwszy raz, kiedy w arcyważnym spotkaniu brakowało drużynie jakiegoś lidera, a mimo wszystko to on wyszedł z tarczą, a nie na niej.

Jesienią tego typu scen, czasem dużo bardziej skrajnych, było mnóstwo. Całą rundę stracił przecież Bartosz Salamon, lider drużyny, jeden z najlepszych stoperów Ekstraklasy. 32-latek znów zresztą miał pecha, bo w rewanżu z Bodo/Glimt znów doznał kontuzji i po przerwie nie wyszedł na murawę. – Wątpliwe, by zagrał w niedzielę – powiedział van den Brom, zapytany o zdrowie obrońcy.

Kontuzje mnożyły się też u innych zawodników. Momentami w Lechu dochodziło do kuriozalnych scen. Były przecież spotkania, w których duet stoperów tworzył Barry Douglas, nominalny lewy defensor, a partnerował mu Maksymilian Pingot, czyli kompletny żółtodziób, który obecnie ogrywa się na wypożyczeniu w pierwszoligowej Odrze Opole.

twitter

W tego typu chwilach znów wracał do Kolejorza jego stary demon – wiecznie zbyt krótka kołderka. Pod tym względem od kilku lat poznaniacy żyją niczym w „Dniu świstaka”, w kółko przeżywając ten sam problem. Środek obrony był dziurawy, co już przed chwilą omówiliśmy. Bramka? Artur Rudko momentami zachowywał się jak Loris Karius w Liverpoolu. W drugiej linii zaś brakowało i nadal brakuje jakościowego zastępcy dla Joao Amarala. Aktualnie Lech po prostu nie ma wartościowej dziesiątki.

Tragedią dla zespołu byłaby też kontuzja Mikaela Ishaka. Szturmować Ekstraklasę i europejskie puchary bez człowieka, który w tych drugich zdobył 17 bramek w 25 spotkaniach… To byłby horror. Filip Szymczak to jeszcze nie ta półka. Artur Sobiech w Lechu już raczej na nią nie wskoczy. A do tego dochodzą jeszcze wieczne kłopoty na skrzydłach, gdzie Adriel Ba Loua nadal nie daje konkretów, Kristoffer Velde gra tak mocno w kratę, jakby był Szkotem, a ostatnio liczb nie robi nawet Michał Skóraś.

John van den Brom nie miał cieplarnianych warunków

Powyższe kłopoty to efekt między innymi bojaźliwej polityki transferowej Lecha, którego właściciele boją się inwestować w jakościowe wzmocnienia. Dorobili się miana sknerusów, ale trudno się dziwić, skoro żałowali 200 tysięcy na świetnego golkipera, jakim jest Frantisek Plach, a zamiast niego ściągnęli beznadziejnego Rudkę i to w ramach wypożyczenia. Piotr Rutkowski oraz Karol Klimczak nie odważyli się też na wyłożenie 1,5 miliona euro za Dawida Kownackiego. Ten błyszczał w Kolejorzu na wypożyczeniu w trakcie ostatniej rundy wiosennej, a potem deklarował, iż chciałby wrócić do klubu na stałe. Ostatecznie musiał zostać w Niemczech, gdzie do czasu odniesienia kontuzji też świetnie mu się wiodło.

Ponadto sternicy Kolejorza bali się zainwestować w Damiana Kądziora z Piasta Gliwice, za to woleli wypożyczyć Heorhija Citaiszwilego, który wiosną jeszcze nie powąchał murawy, bo o miejsce w składzie przegrałby dziś rywalizację nawet z autorem tego tekstu.

Zbierając to wszystko do kupy, można dojść do wniosku, iż John van den Brom na pewno nie pracował w warunkach cieplarnianych i raczej do końca sezonu też się to nie zmieni. Wystarczy przypomnieć sobie o jego cichej wojnie, którą prowadzi z Amaralem (albo Amaral z nim?). Trener i piłkarz nie potrafią znaleźć wspólnego języka, co zresztą nie jest niczym nowym w przypadku ofensywnego pomocnika. Dotrzeć do niego potrafił jedynie Maciej Skorża, a jego następca zupełnie sobie z tym nie poradził. Dziś o Amaralu mówi się już jedynie w kontekście letniego transferu, a przecież w kadrze brakuje dobr… Wróć, jakiegokolwiek sensownego następcy dla Portugalczyka. Po odejściu Daniego Ramireza miał nim zostać Marchwiński, aczkolwiek w jego przypadku skończyło się jak zwykle – koncertem niezrealizowanych życzeń.

twitter

Trener Lecha Poznań powinien być z siebie dumny

Wykręcić w takich okolicznościach 1/8 Ligi Konferencji oraz trzecie miejsce w Ekstraklasie po 2/3 sezonu? Van den Bromowi należy się duży szacunek i spory kredyt zaufania, a nie bezmyślna krytyka, którą wyrazili wobec niego Kamil Kosowski czy Sylwester Czereszewski.

Nic dziwnego jednak, że po drugim meczu z Bodo Holender wszedł do sali konferencyjnej w świetnym humorze, z piwem w ręku i pierwsze co zrobił, to rzucił „zdrówko!” w kierunku dziennikarzy. Tylko szaleniec nie doceniłby takiego momentu. – Jako trener nigdy nie zaszedłem tak daleko, więc jest to moja najlepsza europejska przygoda – przypomniał podczas spotkania z dziennikarzami.

– Powiedziałem drużynie, że jestem z niej dumny – przyznał też bez krztyny sztucznej skromności. Powinien być jednak dumny nie tylko ze swoich podopiecznych, lecz również z samego siebie. Dokonał bowiem czegoś, czego nie potrafiło kilku jego poprzedników, odniósł historyczny sukces i to pomimo problemów, przez które głowę (i pracę) szybko mógłby stracić jakiś inny, nawet doświadczony szkoleniowiec. Poczucie dumy jest więc tutaj jak najbardziej na miejscu.

Czytaj też:
Z nimi zagra Lech Poznań w 1/8 LKE! Szykuje się znakomite widowisko!
Czytaj też:
Nowy prezes Rakowa Częstochowa. Kim jest Piotr Obidziński?