Włoski gwiazdor zwierza się po latach. „W Jastrzębskim Węglu nie mogliśmy się dogadać”

Włoski gwiazdor zwierza się po latach. „W Jastrzębskim Węglu nie mogliśmy się dogadać”

Były siatkarz Jastrzębskiego Węgla Matteo Martino
Były siatkarz Jastrzębskiego Węgla Matteo Martino Źródło: Newspix.pl / Irek Dorozanski / Edytor.net
W najlepszych czasach swojej kariery mierzył się z łatką niespełnionego talentu czy „bad boya”. Polskę wspomina miło, choć dodaje, że nie mógł dogadać się z kolegami z zespołu. Matteo Martino dziś już gra w siatkówkę półprofesjonalnie. Były reprezentant Włoch, a także gracz Lube, Cuneo czy Jastrzębskiego Węgla w pierwszym od lat wywiadzie dla polskich mediów zdradza kulisy kariery.

Którego polskiego zawodnika podziwia najmocniej? Czemu dyskwalifikacja za doping przyniosła mu ulgę? Po co gra w trzeciej lidze i dlaczego uważa się za najbardziej zwariowany talent siatkarski na świecie? Dawny gwiazdor włoskiej siatkówki odkrywa wiele zdarzeń z życia... niczego nie żałując.

Michał Winiarczyk, „Wprost”: Mijają lata, a ty wciąż grasz w siatkówkę.

Matteo Martino: Teraz akurat mam przerwę, gdyż w grudniu nabawiłem się kontuzji łąkotki. Walczę o powrót do zdrowia. Być może w ciągu najbliższych paru tygodni będę już w stanie znów grać.

Sebastian Świderski powiedział kiedyś o tobie: „To jeden z największych talentów, jakie widziałem, ale ma duży problem z głową. Myśli o wszystkim, tylko nie o siatkówce”.

Nie wiem czy byłem największym talentem siatkarskim na świecie w swoim czasie, ale na pewno byłem najbardziej zwariowanym (śmiech). Nie lubiłem trenować, ale lubiłem grać. Mogłem podchodzić do spotkań bez przygotowania. Nie potrzebowałem treningu, by dobrze grać. W sumie… dla mnie mecze były treningiem. Poza tym od dzieciństwa lubiłem oglądać innych siatkarzy. Gdy jako nastolatek trafiłem do seniorskiej drużyny Cuneo, to występował tam Giba. Patrzyłem co robi i starałem się kopiować jego ruchy. Ogólnie dobrze się rozwijałem, gdy grałem przy świetnych graczach.

Jak ci się grało z Gibą?

Był świetny we wszystkim – w przyjęciu, ataku, serwisie. To wzór gracza kompletnego. Dziś nie widzę nikogo, który byłby tak dobry we wszystkim jak on. Nie ma takiego drugiego wszechstronnego Giby. Masz przyjmującego, który genialnie atakuje, ale za to słabo przyjmuje. Albo dobrze serwuje, ale z jego przyjęciem jest średnio. Giba nie miał wad. Był genialny, tak samo jak Lorenzo Bernardi.

Widzisz dzisiaj gracza podobnego do siebie? Zastanawiam się czy Alessandro Michieletto nie przeżywał parę lat temu tego co ty. Jako nastolatek wszedł do seniorskiej kadry z łatką wielkiego talentu.

Wydaje mi się, że jesteśmy inni. Spójrz na niego. Mierzy grubo ponad dwa metry. On skacze wysoko. Zmieniły się czasy, zmieniła się siatkówka. Nie ma co porównywać. Ta dyscyplina poszła dziś w kierunku fizyczności. Możesz mieć spore braki techniczne, ale jak jesteś wysoki i silny, to tego nie widać. Wydaje mi się, że za czasów młodości czołowi zawodnicy byli lepiej wyszkoleni technicznie. Dawna kadra Brazylii Bernardo Rezende była tego przykładem. Dziś kadra Włoch składa się z młodych graczy, ale zdecydowana większość z nich to wysokie, silne chłopy.

Podoba ci się obecna reprezentacja Włoch? Dobrze znasz Ferdinando De Giorgiego.

Pamiętam, że tkwiła w nim mentalność zwycięzcy. Patrzę na to co zrobił w ostatnich latach i czuję, że się nie zmienił. To człowiek, który nie przywiązuje wagi do nazwisk. Interesuje go, co ktoś może dać zespołowi, a nie to jak się nazywa i co osiągnął w przeszłości. Nie wahał się odstawić wielkich gwiazd pokroju Zajcewa. Potrzebuje najlepszego przyjmującego, to bierze najlepszego przyjmującego – bez patrzenia na nazwisko. Mocno odmłodził skład, bo przez lata Włochy bazowały na doświadczonych zawodnikach. Tak było jeszcze za moich czasów w reprezentacji.

Grałeś też sporo w siatkówkę plażową. Która odmiana volleya sprawiała ci większą przyjemność?

Kochałem grać w lecie na piasku, za to nienawidziłem tego robić zimą. Z siatkówką halową było odwrotnie. Lubiłem w nią grać w zimę, a w lecie męczyły mnie mocno treningi w rozgrzanych halach. Pamiętam czasy reprezentacji, gdzie środek roku spędzałem w hali. Treningi, podróże, mecze – to było bardzo męczące. Z jednej strony towarzyszyły temu korzyści finansowe. Stawałem się też popularniejszy. Ale czułem, że nie miałem czasu nawet dla siebie samego, nie mówiąc o rodzinie. W mojej głowie była wtedy tylko siatkówka. Gdy przestałem grać w lecie, poczułem się lepiej pod względem psychicznym. Może nie osiągnąłem tyle ile zakładałem, ale mam w życiu swoje priorytety. Zdrowie stawiam ponad medalami.

instagram

Polscy siatkarze mocno narzekają na napięty kalendarz. Tuż po zakończeniu sezonu reprezentacyjnego musieli udać się na przygotowania do sezonu klubowego.

Siatkarze z topu potrzebują przynajmniej dwa tygodnie odpoczynku po występach w kadrze. Czy tyle otrzymują? No nie. To niemożliwe grać non stop na wysokim poziomie. Ciało mocno cierpi, a głowa jeszcze bardziej. Później rozpoczynasz grę w lidze i nie czujesz się sobą. Co więcej, łatwo możesz nabawić się urazu.

Gdybym był trenerem czołowego klubu świata, to wolałbym poświęcić treningi czy sparingi na odpoczynek. Dodatkowe wolne może mieć pożyteczniejszy skutek dla formy siatkarza niż kolejny trening czy mecz. To są najlepsi z najlepszych. Każdy wie jak grają i co potrafią. Kluby i organizatorzy rozgrywek mocno katują zawodników. Zamiast wolnego dają im kolejne mecze. Później siatkarze kończą na łóżku szpitalnym, a drużyny w pośpiechu szukają awaryjnych wzmocnień. To nie prowadzi do niczego dobrego.

Patrząc z boku na twoją karierę – w którym momencie byłeś w najlepszej formie?

Wydaje mi się, że po igrzyskach olimpijskich 2008. Dołączyłem do Maceraty, czołowego klubu świata z wielkimi gwiazdami. Nie miałem może dużego szczęścia do pucharów, bo zbyt wiele ich nie zdobyłem, ale jeśli chodzi o indywidualną dyspozycję, to te trzy, cztery lata były najlepszym siatkarsko okresem w życiu. Często miałem mecze, gdzie dostawałem mnóstwo piłek. Jako człowiek lubiący atakować chętnie z nich korzystałem, co kończyło 30 punktami w meczu. Lube to świetny okres w mojej karierze, ale pomimo problemów w klubie, dobrze rozwinąłem się także w Mediolanie.

W Serie A miałeś styczność z kilkoma Polakami. Najpierw z Krzysztofem Janczakiem, później z Łukaszem Kadziewiczem, Sebastianem Świderskim i Bartoszem Kurkiem. Z kim miałeś najlepszy kontakt?

Muszę wskazać na Świderskiego. A to dlatego, że był facetem, od którego biła pomoc do młodszych zawodników. Gdy trafiłem do Maceraty byłem znanym, lecz wciąż bardzo młodym talentem. Od razu miałem co do „Świdra” dobre przeczucie. W trakcie sezonu zauważyłem, że jak miałem go koło siebie na boisku, to czułem się spokojniejszy. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale mniej stresowałem się tym, co mnie czeka. Dużo mu zawdzięczam. To był gość, który nie szukał problemów, „nie znęcał się” nad młodszymi. Oprócz tego prezentował wysoki poziom sportowy. Po latach jeszcze mocniej doceniam jego pomoc, bo mało komu chciałoby się pomagać młodemu, nieutemperowanemu chłopakowi.

Sebastian był dobrym graczem, ale najlepszym polskim siatkarzem dla mnie nie był ani on, ani któryś z wymienionych przez ciebie zawodników. Miałem okazje mierzyć się w Serie A, a także w reprezentacji przeciwko Michałowi Winiarskiemu. To dla mnie legenda siatkówki, gdy myślę o waszym kraju. To zawodnik pokroju Giby, również nie brakowało mu wszechstronności. Podziwiałem jego grę.

Jakie są twoje pierwsze wspomnienia związane z przeprowadzką do Polski?

Jastrzębski Węgiel załatwił mi fantastyczne mieszkanie. Czułem się w nim bardzo dobrze. Do dziś pamiętam też piękne dziewczyny (śmiech).

Jeszcze w trakcie sezonu mówiłeś jednak, że nie lubisz niektórych polskich kolegów z zespołu.

Pierwszego dnia po przylocie otrzymałem od fajnej dziewczyny prezent, słownik włosko-angielski. Trafiając do Jastrzębskiego Węgla praktycznie nie znałem angielskiego. Zacząłem uczyć się, by móc lepiej porozumieć się z chłopakami z klubu. Niestety, część z nich nie znała angielskiego. Nie mogliśmy się dogadać, więc siłą rzeczy nie byliśmy w stanie nawiązać dobrego kontaktu. Jestem typem człowieka, który musi sporo pogadać z drugą osobą, by się z nią zaznajomić. Przez barierę językową ani ja, ani Polacy nie pozwoliliśmy się dobrze poznać. Z Michałem Łasko grałem w kadrze Włoch, więc nasz kontakt był bardzo dobry. Pamiętam, że jeszcze Tiago Violas znał jakieś podstawy mojego języka, więc również powstała fajna relacja pomiędzy nami.

Ogólnie to nie mogę spisać tego sezonu na straty. Całkiem fajnie nam szło, lecz w półfinale ZAKSA była silniejsza. Wtedy w PlusLidze grali świetni gracze pokroju Wlazłego, Zagumnego czy Russella Holmesa. Doceniam fakt, że mogłem zebrać doświadczenie siatkarskie poza Włochami. Miałem styczność z ludźmi z różnych państw, co także mnie rozwinęło. Fajnie widzieć jak potoczyły się losy Jastrzębskiego Węgla. Dziś to przecież jeden z czołowych klubów Europy. Spędziłem też dużo czasu w Katowicach. To moje ulubione polskie miasto. Podsumowując, bardzo miło wspominam czas spędzony w waszym kraju.

Jak wtedy prezentował się poziom PlusLigi w porównaniu do Serie A?

W tamtym okresie polska liga nie była tak silna jak teraz. Mimo to nawet dziś uważam, że włoskie rozgrywki są najlepsze na świecie. To tu grają największe gwiazdy światowej siatkówki. Dopiero po Serie A plasuje się PlusLiga, a tuż za nią rosyjska Superliga. Za moich czasów w Europie dominował Zenit Kazań, co sprawiało, że tamte rozgrywki stały na wyższym poziomie niż polskie.

Miałeś również okazję tam grać. Przygoda w Guberniji Niżny Nowogród nie trwała zbyt długo. W dodatku Płamen Konstantinow później narzekał na ciebie: „Nie widziałem dużej różnicy między Martino i innymi. Nie pokazał mi, że był lepszy niż rodzimi gracze. W niektórych aspektach nawet wyglądał gorzej”.

To nie był dla mnie łatwy okres w karierze. Jeśli nie masz dobrego zespołu, to nic nie zdziałasz. Owszem, jeden świetny zawodnik potrafi zrobić wielką różnicę, ale do końcowego sukcesu potrzebujesz drużyny. Nie zawsze mistrzostwo zdobywa klub z największymi nazwiskami w składzie. Kluczem jest stabilność i systematyczność na dystansie całego sezonu.

Później trafiłeś do Arabii Saudyjskiej i Chin. W 2018 roku, po ostatnim sezonie w Guangdong zostałeś zawieszony na cztery lata za doping. W twoim organizmie wykryto trzy niedozwolone substancje.

Podczas występów w lidze chińskiej często jadałem w tureckiej restauracji. Doktor przestrzegał mnie przed tym miejscem, mówiąc, że to miejsce jest niebezpieczne. Sugerował, że podawane przez nich mięso jest zanieczyszczone jakimiś środkami. Nie sądziłem, że mógł mieć rację.

Gdy wróciłem do Włoch występowałem w rozgrywkach plażowych. Po jednym z turniejów zostałem zbadany. Wynik wskazał na obecność jakich substancji. Dostałem aż cztery lata zawieszenia. Muszę jednak zaznaczyć, że nigdy świadomie nie zażyłem niczego niedozwolonego.

Jak poradziłeś sobie mentalnie z tą sytuacją? Miałeś 31 lat, więc czteroletnie zawieszenie oznaczało praktycznie koniec gry na najwyższym poziomie.

To może zaskoczyć, ale ta przymusowa przerwa podziałała pozytywnie na moją głowę. Mogłem zregenerować się mentalnie po latach reżimu treningowego. Również ciało mocno odpoczęło, bo musiało znosić ogromne obciążenia. W międzyczasie zacząłem nową pracę, rozwinąłem się jako człowiek.

Nie było we mnie wielkiej złości, nie miałem pretensji do całego świata. Jeśli w głębi duszy wiesz, że czegoś nie zrobiłeś, to nie masz prawa być na siebie zły. Nigdy nie brałem świadomie dopingu. To, że się znalazł w moim organizmie, było dużym pechem. Bez problemu zaakceptowałem los, bo frustrowanie się na całą sytuację jeszcze bardziej zniszczyłoby mnie mentalnie.

Gdy skończył się okres zawieszenia, wróciłeś do siatkówki, której rzekomo nie lubiłeś. Dziś reprezentujesz barwy trzecioligowego Negrini CTE Acqui Terme.

To klub z moich rodzinnych stron. Bardzo zależy mi, żeby miasto się rozwijało. Jeśli mogę pomóc w sportowy sposób, to czemu nie? To nie jest jednak walka na poważnie. Rywalizuję dla zabawy. Tak samo jak kiedyś – lubię grać, ale nie znoszę trenowania w hali (śmiech).

Czujesz, że rywale specjalnie mobilizują się na ciebie?

Mogę zdobyć trzydzieści czy nawet czterdzieści punktów w meczu i nikt nie będzie zwracał uwagi. Rywal będzie grał z 19-procentową skutecznością w ataku i również nikt pewnie nie będzie zwracał na to uwagi. Ale jeśli ten gość chociaż raz mnie zablokuje, to widzę po chwili, że cieszy się jakby zdobył mistrzostwo świata. Nie ma znaczenia to, że grał tragicznie przez całe spotkanie, a ja zdobyłem trzydzieści punktów. Raz mu szczęście dopisze, zablokuje mnie, by później przechwalać się przed rodziną i znajomymi: „O! Zablokowałem Matteo Martino”. Mocno mnie to śmieszy, ale z drugiej strony to znak, że wciąż jestem popularny. Gdy grałem na najwyższym poziomie, to blok rywala po moim ataku mnie nie dziwił. Rywalizowałem z najlepszymi siatkarzami świata. Dziś nawet pomimo 36 lat i gry dla zabawy mało komu udaje się mnie zablokować w Serie A3.

Wspomniałeś, że w trakcie zawieszenia rozpocząłeś nową pracę. Czym się teraz zajmujesz?

Akurat obecnie pracuje nad własnym biznesem. Cały czas chcę pozostać przy sporcie, choć może nie w takim stopniu jak dawniej, gdy grałem zawodowo.

Chodzi ci po głowie praca trenera siatkarskiego?

Gdzieś się temat pojawiał, ale dziś nie wiem, czy chciałbym nim zostać. To, co mnie trzyma przy siatkówce, to sama gra. Ja kocham grać, a nie stać z boku boiska czy w kwadracie dla rezerwowych. Trudno mi siebie wyobrazić jako head coacha. Już prędzej jako drugiego trenera, bo to funkcja, gdzie czynniej bierzesz udział w zajęciach i masz inne relacje z siatkarzami niż gdy jesteś głównym trenerem.

Czytaj też:
Kapitan reprezentacji Polski siatkarzy U-20 dla „Wprost”: Siatkówka mocno przyspieszyła

Muszę cię zapytać o przewidywania dotyczące nadchodzących igrzysk. W Polsce przed każdym turniejem olimpijskim ciąży na siatkarzach duży bagaż oczekiwań. W tym roku jest chyba największy, gdyż kadra Nikoli Grbicia w ubiegłym sezonie wygrała wszystko, co możliwe.

Moim zdaniem kluczowym graczem reprezentacji Polski jest Wilfredo Leon. Jeśli będzie zdrowy, to olbrzymią sensacją będzie brak medalu olimpijskiego waszej kadry. Pytanie tylko jak z jego zdrowiem, bo ostatnimi czasy coś mu często dolega.

Co do kadry Włoch mam teraz mieszanie odczucia. Z jednej strony to aktualni mistrzowie świata i wicemistrzowie Europy. Z drugiej nieoczekiwanie nie zdobyli kwalifikacji olimpijskiej. Wiadomo, że raczej nic nie stanie im na przeszkodzie, by wywalczyć ją poprzez Ligę Narodów i ranking FIVB, ale to nadal kolejna rzecz, która będzie im siedzieć z tyłu głowy w trakcie ważnego sezonu.

A co jeśli chodzi o Serie A? Perugia wreszcie znajdzie się na szczycie?

To fenomenalny zespół pod warunkiem, że wszyscy są zdrowi. Masz w składzie masę gwiazd, ale one muszą grać ze sobą, by pokazać pełną moc. Zobacz na Puchar Włoch. Zagrali dobrze, ale fajnie szło też Monzy. To bardzo nieobliczalny zespół. Pomimo porażki w półfinale uważam, że najmocniejszym klubem w Serie A jest obecnie Trentino. Być może będziemy świadkami finału Trento – Perugia, ale są trzy kluby, które stać na niespodziankę i awans do finału – wspomniana Monza, a także Lube oraz Milano. Sytuacja Perugii z ubiegłego sezonu pokazuje, że możesz wygrywać wszystko, co możliwe, by w decydującym momencie złapać dołek i przegrać. Co z tego, że fajnie trenujesz w tygodniu, jak nie potrafisz tego pokazać w weekend?

Nadal spędzasz tak dużo czasu na siłowni jak dawniej? Pamiętam opinie o tobie z czasów gry w Polsce, że wolałeś trening kulturystyczny od siatkarskiego.

(Martino śmieje się – przyp. M.W)

W Jastrzębskim miałem świetnego trenera przygotowania fizycznego. Zawsze wychodziłem z założenia, że jak się dobrze czuję z moim ciałem, to i gram dobrze. Znałem zawodników, którzy po zajęciach na siłowni grali słabiej. Ja z kolei należałem do tego grona, które lubiło mocniej poćwiczyć nawet przed meczem, bo później w trakcie spotkania prezentowali się lepiej.

Wiesz co? W sumie to ja nigdy nie chciałem być normalnym siatkarzem. Chciałem być potężnym supermanem, być sobą. Pomimo różnych doświadczeń nadal żyję tak, by nie mieć do siebie na starość o nic żalu.

Czytaj też:
Problemy polskiej siatkarki. Ten transfer może jej zaszkodzić
Czytaj też:
Łukasz Kaczmarek wskazał, komu dedykował nagrodę MVP. To zdjęcie chwyta za serce

Źródło: WPROST.pl