Roberta Ratzke dla „Wprost”: W Polsce nie brakuje utalentowanych siatkarek. Czasem czują się jednak „zbyt dobrze”

Roberta Ratzke dla „Wprost”: W Polsce nie brakuje utalentowanych siatkarek. Czasem czują się jednak „zbyt dobrze”

Roberta Ratzke
Roberta RatzkeŹródło:Newspix.pl / Mariusz Palczynski / MPAimages.com/NEWSPIX.PL
Pracowała z najsłynniejszymi brazylijskimi trenerami. W rodzimej lidze przebijała się niemal od dołu, by skończyć w „siatkarskim Disney Worldzie”. W 2021 roku osiągnęła sukces z kadrą Canarinhos, po czym trafiła do Polski. Roberta Ratzke, wicemistrzyni olimpijska z Tokio i rozgrywająca ŁKS-u Commercecon Łódź w długim wywiadzie dla „Wprost” przedstawia siatkówkę z punktu widzenia ambitnej i doświadczonej wieloma zdarzeniami siatkarki.

Dlaczego brazylijskie zawodniczki chętnie przyjeżdżają do Tauron Ligi? Czemu Bernardo Rezende doprowadził ją do paraliżu? Ile znaczy olimpijskie srebro w ojczyźnie? Co jest bolączką młodych polskich siatkarek? Świeża mistrzyni Polski i jedna z największych gwiazd naszych rozgrywek ostatnich lat zaprasza na obszerną opowieść.

Michał Winiarczyk, „Wprost”: Czy Brazylijka może przyzwyczaić się do polskiej pogody?

Roberta Ratzke: Akurat gdy rozmawiamy, po raz pierwszy w tym roku jest ciepło. Wyszłam z hali i poczułam się świetnie, bo nie trzeba było zakładać grubej kurtki (śmiech). W sumie to nie zimno jest największym problemem polskiej pogody. Bardziej dobijała ciemność w zimie. Męczyła mnie czasem sytuacja, gdy w grudniu lub styczniu słońce zachodziło już po południu. Moje rodzinne miasto w Brazylii uchodzi za chłodne miejsce. Nawet żartuję z najbliższymi, że wolę zimę w Polsce, bo tutaj mieszkania są dobrze ogrzewane i mogę chodzić w podkoszulku. Z kolei Brazylia nie jest na coś takiego przygotowana, przez co w przypadku chłodu trzeba zakładać grube ciuchy.

Gdy my mamy w Polsce zimę, tam mają lato. Widzę w mediach społecznościowych jak rodzina i znajomi dodają zdjęcia, gdy opalają się na plaży jeszcze go 20:00. Co więcej, wysyłają mi zdjęcia z podpisem: „jak tu gorąco”. Tymczasem ja oglądam je, gdy za oknem jest minus kilkanaście stopni, ale ludzie chodzą opatuleni ogromnymi kurtkami (śmiech).

Jaka jest największa zaleta życia w Polsce?

Tutaj panuje wysoka jakość życia. Polska to bezpieczny kraj. Kocham Brazylię, tęsknię za nią, rodziną, przyjaciółmi, ale wiem jak wiele zagrożeń czai się na każdym rogu. Po Łodzi chodzę na luzie. Nie muszę się martwić, co gdzie chowam i czy zaraz ktoś mi czegoś nie ukradnie. Lubię także waszą kuchnię i miasta. Łódź leży w centrum, więc jeśli mam czas wolny, to podróżuję po kraju i odwiedzam nowe miejsca. W samym mieście też czuję się komfortowo, nawet jeśli słyszę od Polaków różne rzeczy na temat Łodzi.

Dowiedziałaś się czegoś więcej na temat swoich korzeni? Twoi dziadkowie pochodzą z terenów, które obecnie należą do województwa dolnośląskiego, a które to dawniej należały do Niemiec.

Mój kuzyn zaczął mocno badać genealogię, bo stara się o podwójny paszport. Rodzina wyemigrowała po II wojnie światowej do wojny ze wsi Starczów, która teraz leży na terenie Polski. Jestem bardzo ciekawa jak ona wygląda, choć jeszcze nie miałam okazji, by do niej pojechać. Gdy graliśmy w finałach Pucharu Polski w Nysie, zobaczyłam, że znajduje się niedaleko, ale finalnie nie miałam szansy, by się wybrać. Wiem, że raczej nie zobaczę niczego wielkiego w tej wsi, ale z ciekawości muszę się tam kiedyś wybrać.

Kiedy poczułaś, że dobrze ci idzie w siatkówce?

Wiesz co? Chyba cały czas czekam na ten moment (śmiech). Okej, już jako nastolatka zaczęłam zdobywać medale, ale nigdy nie uznawałam się za świetną rozgrywająca. Tak jest w sumie do dziś. Widziałam wiele zawodniczek, po których od razu można było powiedzieć, że mają talent. Ja w sobie czegoś takiego nie dostrzegałam. Wiedziałam, że muszę mocno się napracować, aby najpierw znaleźć się na wysokim poziomie, a później na nim pozostać. Moja obecna forma nie jest przypadkiem. Każdego dnia staram się być lepsza.

Co czyni brazylijskie siatkarki tak dobrymi?

W Brazylii trenuje się bardzo wiele. Zebyś mnie dobrze zrozumiał – bardzo, bardzo wiele. Ubiegły sezon był pierwszym spędzonym za granicą. W ojczyźnie czasem zdarzało się ponarzekać, że treningi są zbyt długie albo odbywają się zbyt często i nie ma chwili na odpoczynek. Gdy trafiłam do ŁKS-u, to… zaczęłam za tym tęsknić. Wmawiałam sobie, że muszę znów dużo trenować, bo stracę dawną formę. Zdałam sobie sprawę, że głowa i ciało przyzwyczaiły się do dawnego schematu. Tutaj w Polsce jest pod tym względem dobry balans. Nie ma odpuszczania, ale z pewnością nie spotkałam się z podobnymi obciążeniami co w Brazylii.

W szkoleniu brazylijskich dzieci kładzie się duży nacisk na technikę. Jeśli codziennie robisz baggery, to uczysz się nawet, jeśli nie wychodzi ci to za dobrze. Ogólnie panuje przekonanie o masowych powtórzeniach ćwiczeń. Wykonujesz odbicia za odbiciem, zagrania za zagraniem, bo w sumie na tym opiera się siatkówka – na pewnych schematach. Brazylijscy siatkarze i siatkarki mają hopla na punkcie walki o sukces. Będą harować jak szaleni, aby tylko pozostać wśród najlepszych. Panuje u nas perfekcjonizm, a co za tym idzie duża presja. Jako że towarzyszy to nam na porządku dziennym, to w ważnych meczach np. o puchary jesteśmy oswojeni ze stresem. Z jednej strony widzę, że pracujemy zbyt mocno, ale z drugiej to chyba czyni naszą siatkówkę tak wyjątkową.

Siatkówka jest popularną dyscypliną wśród brazylijskich dziewczyn?

Dobre pytanie. Siatkówka cieszy się pewnym poziomem szacunku w kraju. Z piłką nożną oczywiście nie ma co konkurować, bo to inny świat. W przypadku Brazylii trudno nazywać futbol po prostu sportem. Poprzednia generacja siatkarzy i siatkarek sprawiła, że dyscyplina stała się popularniejsza w naszym kraju. Ich sukcesy przyciągnęły uwagę ludzi. Dużo dzieci garnie się do sportu, ale często dziewczęta wolą postawić na gimnastykę lub taniec. Widzę jednak, że nawet chłopcy czasem potrafią wybrać volley niż futbol.

Która generacja żeńskiej reprezentacji Brazylii cieszy się większym szacunkiem – ta z lat 90., która przegrywała tylko z Kubankami czy ta z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku, z dwoma mistrzostwami olimpijskimi z rzędu?

Obie generacje zasługują na olbrzymi szacunek. Każda z nich musiała walczyć z przeciwnościami. Wywarły wielki wpływ na historię brazylijskiej siatkówki. Nie pamiętam gry zawodniczek z lat 90. Wychowałam się na opowieściach o tym, jak świetnie sobie radziły. Później była ekipa z 2004 roku, o której często się mówi w kontekście półfinału igrzysk olimpijskich, gdzie prowadząc 24:19 z Rosjankami, ostatecznie przegrały czwartego seta, a później tie-break. Wtedy już trenowałam siatkówkę, więc pamiętam jak mocno to przeżywałam. Miałam później możliwość gry z zawodniczkami z tamtego zespołu. Dużo się od nich nauczyłam. Musiały znosić ogromną krytykę, bo ludzie często wypominali im tamten mecz. Później nadeszła rewolucja. Droga do igrzysk olimpijskich 2008 była niemal perfekcyjna. Wtedy do gry wchodził Internet. Dzięki temu siatkarki lżej znosiły ewentualną krytykę.

Jak się czułaś, gdy po latach znalazłaś się w jednej drużynie ze swoimi idolkami?

To niesamowite uczucie, trudne do opisania. Pierwszy seniorski sezon spędzałam jako 16-latka w zespole składającym się z młodych dziewczyn. Rok później zmieniłam klub i trafiłam do ekipy z byłymi reprezentantkami kraju. „Naprawdę jestem z nimi w jednej drużynie?” – pytałam się sama siebie. Pamiętam doskonale pierwszy wspólny trening. Wszystko średnio mi wychodziło, bo byłam mocno zestresowana. Gdy przed meczami miałyśmy rozgrzewkę w parach, to wbijałam sobie do głowy: „nie możesz popełnić błędu”. Kilka lat wcześniej oglądałam je w telewizji, by po chwili siedzieć obok nich w szatni. Choć… nie potrafiłam nawet tego (śmiech). Dziewczyny szybko przerwały jakiekolwiek bariery, bo inaczej wstydziłabym się przebywać wraz z nimi. Zebrałam dużo doświadczenia. Zrozumiałam, co czyniło je takimi dobrymi. To nie chodzi o to, że po prostu zdobywały wiele punktów w meczu. Miałam okazję z bliska dostrzec ich nawyki i detale – jak sobie radzą mentalnie, jak jedzą i dbają o ciało. Uważam, że takie połączenie młodości z doświadczeniem bardzo dobrze wpływa na brazylijskie siatkarki.

Marcelo Fronckowiak opowiadał mi, że poziom męskiej Superligi od lat spada ze względu na problemy ekonomiczne. Zawodnicy wyjeżdżają za granice ze względu na finanse, a nie aspekt sportowy.

Podobna sytuacja ma miejsce w lidze kobiet. Mieliśmy czas, gdy nikt się nią interesował. Potem przyszedł boom spowodowany sukcesami kadry, więc i do rozgrywek żeńskich wpompowano wiele pieniędzy. Dobry czas trwał do wybuchu pandemii. Wtedy poziom zaczął drastycznie spadać. Wszystko ma związek z pieniędzmi. Problemy dotknęły także największe zespoły. Nawet takie osobistości jak Ze Roberto czy Bernardo Rezende mają problemy z pozyskaniem sponsorów dla ich drużyn. Finanse idą na promocje w Internecie. YouTuberzy i inni twórcy treści zarabiają na współpracach duże kwoty. Jeszcze piłka nożna się mocno broni, ale jak mówiłam – to inny świat.

Koszty prowadzenia zespołu w Superlidze są wysokie. Trenerzy i prezesi stają na głowie, by z jednej strony budować drużynę do walki o medale, a z drugiej zachować płynność finansową. Covid sprawił, że Brazylijki poniekąd zostały zmuszone do wyjazdów za granicę. W ubiegłym sezonie Tauron Ligi występowało aż 11 zawodniczek z naszego kraju. Jako że real brazylijski słabo stoi, dziewczyny wolą przyjechać do Europy, nawet jeśli mają występować w drugiej lidze. To się po prostu opłaca finansowo. Umówmy się, zdecydowana większość z nas nie pochodzi z bogatych rodzin. Pieniądze są ważne, bo nie chodzi tu o spełnianie naszych zachcianek, a pomoc najbliższym w kraju. Dostajesz wybór – liczysz na lepsze jutro, grając za małe pieniądze w Brazylii albo ruszasz w nieznane z szansą na lepsze zarobki i jakość życia. Nie możemy wykonywać naszego zawodu do 60. roku życia. Wiem, że poza granicami kraju jest wiele Brazylijek, które gra w siatkówkę nie z powodu ambicji sportowych a z czystej kalkulacji finansowej. Mocno mnie to smuci, bo dysponujemy silną reprezentacją, ale co rusz musimy się jako pojedyncze zawodniczki mierzyć z kolejnymi przeciwnościami losu.

Myślałem, że kluby pokroju Sesc Rio de Janeiro, Osasco czy Minas radzą sobie lepiej z kłopotami finansowymi.

Dobrze znam Sesc Rio de Janeiro, bo grałam tam przez dziewięć lat. To klub, który od zawsze był znany nie z wielkich pieniędzy, a z sukcesów. Dołączałeś do tego zespołu, by rozwijać się jako zawodnik. Kocham tę drużynę, ale wiem z opowieści trenera (Bernardo Rezende – przyp. M.W), jak mu trudno jest coś zmienić. Przejmująco mówił mi o kolejnych spotkaniach i próbach pozyskania sponsorów. Jeżeli ktoś taki jak Bernardinho nie potrafi zbyt wiele zdziałać, to aż strach sobie wyobrazić jakie problemy mają zarządzający mniejszymi klubami. Flamengo nadal ma dobre zawodniczki, ale to Minas i Praia Clube (obecny mistrz Brazylii – przyp. M.W) dysponują największym budżetem w lidze.

Skoro mowa o klubie z Rio de Janeiro i Rezende. Jak wspominasz początki gry w nim? Po twoim przyjściu rozpoczęła się złota era. Przez dziewięć lat wygrałaś aż 6 mistrzostw Brazylii.

Mam śmieszną historię związaną z dołączeniem do zespołu. Byłam w rodzinnym domu, gdy zadzwonił telefon. Odebrał tata, zawołał mnie mówiąc: „Roberta, to do ciebie. Bernardinho dzwoni”. Jako że ojciec to wielki dowcipniś, powiedziałam mu: „no dobra, jasne”. Kompletnie mu nie wierzyłam. Zakładałam, że robi mnie w konia. On nadal obstawał przy swojej wersji: „To naprawdę on. Chce z tobą pogadać”. Wzięłam telefon i wciąż myśląc, że to żart powiedziałam z lekką nonszalancją i dowcipem: „No halo”. Raptem usłyszałam w słuchawce:

Cześć Roberta, z tej strony Bernardinho. Jak się czujesz?

W jednej chwili stałam się słupem, a nie człowiekiem. Tak mnie zatkało, że na nic nie reagowałam. Rezende coś mówił, ale w ogóle go nie słuchałam. Zmroziło mnie, nie potrafiłam powiedzieć ani słowa. Poczułam ból brzucha ze stresu, a ręka, w której trzymałam telefon, drżała jak szalona. Bernardinho ma to do siebie, że mówi błyskawicznie. Jego mózg pracuje szybko, to i usta muszą szybko pracować (śmiech). Gdy z nim pracujesz, to się przyzwyczajasz, ale to był pierwszy raz. Wyłapałam pojedyncze słowa z jego monologu. Chciał mnie zakontraktować do zespołu. Nadal nie potrafiłam niczego powiedzieć, więc tylko z automatu przytakiwałam „aha” i „okej”. „Pozostajemy w kontakcie” – powiedział trener. Ja tylko odpowiedziałam „no dobra” i na całe szczęście ta dziwna rozmowa się zakończyła. Po niej spojrzałam się na ojca.

Dlaczego mi nie powiedziałeś, że to naprawdę Bernardinho!? – pytałam się.

Przecież mówiłem ci, ale ty mi nie wierzyłaś – śmiał się tata.

Pierwsza rozmowa rzeczywiście mogła zapaść w pamięć.

Dalej rozmawialiśmy już w miarę normalne, ale przyszedł początek okresu przygotowawczego i pierwszy trening. Byłam mega poddenerwowana samą myślą, że będzie mnie prowadzić. Nagle wszedł na salę, a ja się wciąż zastanawiałam, czy on naprawdę jest moim trenerem. Stres szybko zmalał. Momentalnie okazało się, że Bernardo to normalny gość jak każdy inny. No… może tylko podczas meczów nie jest normalny, bo mocno przeżywa spotkania i często krzyczy. Rezende poza treningami i meczami to spokojny, a nawet trochę nieśmiały człowiek. Bywały sytuacje, że chciałam go złapać w jakieś sprawie „niesiatkarskiej”, a on uciekał (śmiech). Nie dowierzałam, że taka legenda może być prywatnie bardzo skryta i wstydliwa.

Bernardinho to niesamowita osoba o wielkim sercu. Już od pierwszego sezonu grałam z wielkimi siatkarkami, a przez większość czasu dzieliłam szatnię z czołową libero świata, Fabizinhą. Przez pierwsze tygodnie czułam się jakbym trafiła do Disney Worldu siatkówki. Byłam nastawiona na naukę. To był niesamowity okres.

Z perspektywy zawodniczki, która dobrze poznała Rezende – co czyni go tak wyjątkowym?

Kocham go jak bliską osobę. Do dziś pozostajemy w bliskim kontakcie. Wiem, że w razie problemu mogę na niego liczyć. Nie chcę, by to brzmiało jak laurka, choć go bardzo cenię. To wyjątkowy człowiek. Gdy oglądamy wielkie postacie w telewizji, zawsze dowiadujemy się, że jest w nich coś, co odróżnia ich od innych osób. Mają specjalne cechy, które wpływają na ich umiejętności, ale zarazem sprawiają, że są o milimetr od ześwirowania. Taki jest właśnie Bernardo – o krok od bycia szaleńcem.

Ten człowiek nie śpi, a jego mózg myśli chyba tylko o siatkówce. Dla niego doba ma więcej niż 24 godziny, po to by mógł przeznaczać więcej czasu na pracę (śmiech). Ma fioła na punkcje wiedzy. Nawet pomimo tylu sukcesów on cały czas uczy się nowych rzeczy jak dziecko w szkole. Cechuje go otwartość na nowe rzeczy. Chętnie wysłucha każdego, bo wie, że od każdego można się czegoś nauczyć. Nie zamyka się na swoje przekonania. Jeśli ktoś ma rację, to bez problemu przyzna się do błędu i stworzy z tego lekcję na przyszłość. Nie ma dużego ego, choć teoretycznie człowiek z takim statusem mógłby patrzyć na wszystkich z góry. Ma obsesję doskonałości, bycia lepszym niż był wczoraj. To też się objawia w jego podejściu do zawodniczek. Nie będzie dawać spokoju, bo wychodzi z założenia, że dzisiaj możesz się nauczyć czegoś nowego i być lepszym względem poprzedniego dnia.

Trudno znaleźć inną osobę, która przekazała mi w życiu więcej wiedzy niż on. To Rezende stworzył ze mnie prawdziwą siatkarkę. „Jeśli chcesz być dobra, musisz pracować. Nie jesteś najlepszą rozgrywająca, ale możesz dołączyć do grona najlepszych, jeśli będziesz zasuwać każdego dnia” – powiedział mi kiedyś. To było mocne, ale czegoś takiego potrzebowałam. Od razu odpowiedziałam, że będę pracować. Teraz jak z tobą rozmawiam, to nie dowierzam, że potrafiłam tak mocno harować (śmiech). Nie da się z nim pracować i nie przesiąknąć jego mentalnością pościgu za rozwojem. Jeżeli ktoś ma okazję z nim poprzebywać, to szybko zrozumie, że Bernardo nie jest zwykłym człowiekiem. To siatkarski odmieniec, który ma wokół siebie magiczną aurę.

instagram

Zawsze byłem pod wrażeniem tego, że Rezende jednocześnie prowadził żeński klub i męską reprezentację. To oznacza znacznie większą liczbę zawodników do obserwacji. Musiał śledzić całą brazylijską siatkówkę bez podziału na płeć.

Dlatego nie śpi, jak ci mówiłam (śmiech). U niego słowo praca znajduje się w DNA. Pamiętam, jak żartowaliśmy w klubie, że po odejściu z reprezentacji Bernardo zachoruje, bo będzie miał mniej pracy. Dla niego koniec w kadrze oznaczał wakacje, bo raptem dostał więcej czasu wolnego. Szkopuł w tym, że Rezende nie wie, co to wakacje. Teraz na szczęście trochę się zmienia. Zaczyna zwracać uwagę na work-life balance. Bardziej dba o swoje zdrowie i rodzinę. Same mu kiedyś jako zawodniczki zwracałyśmy uwagę, że przecież mógłby trochę zwolnić, zająć się córkami, a i tak nadal by nie stracił na swojej jakości. On jednak najchętniej uściskałby cały świat i zajmowałby się wszystkim, co tylko możliwe. Wiemy, że to niemożliwe, ale Bernardinho uważa co innego. Gdyby ktoś zaproponował mu teraz pracę w reprezentacji Brazylii, to bez wahania by się zgodził. Dla niego to coś normalnego. Z kolei jeśli kazałbyś mu poleżeć sobie na kanapie albo polecieć, pozwiedzać świat, to by pewnie odpowiedział: „A po co mam to robić? Nie chce mi się. Są ciekawsze rzeczy”.

Jaki był twój najlepszy moment w klubowej karierze w Brazylii?

Miałam szczęście, że wraz ze mną przez lata gry w Rio de Janeiro występowały inne świetne rozgrywające jak Fernarnda Venturini czy Helia Souza. Po tym jak obie skończyły z grą, pomyślałam, że może nadszedł moment, w którym zostanę pierwszą rozgrywającą. Zamiast tego klub zakontraktował amerykańską zawodniczkę na moją pozycję (chodzi o Courtney Thompson – przyp. M.W). Nie powiem, początkowo byłam mocno sfrustrowana. Pracowałam tyle lat z myślą, że zaraz zostanę pierwszą rozgrywającą, a tu raptem ściągają na moją pozycję zagraniczną siatkarkę. Jak wiadomo, nikt nie kontraktuje obcokrajowców z myślą, że będą zmiennikami. Teraz trochę się z tego śmieję, choć naprawdę przeżyłam trudny okres. Ostatecznie sezon 2015/2016 wspominam najlepiej. Stałam się dojrzalszą i silniejszą osobą. Na początku nie panowałam nad emocjami. Byłam zła na sytuację, że ponownie z góry widzi się we mnie zmienniczkę. W pewnym momencie uzgodniłam sama ze sobą, że daję z siebie wszystko, bo chcę trafić do kadry i dobrego klubu w przyszłym sezonie. Postawiłam sobie twardy cel i pracowałam nad nim, nawet jeśli okoliczności na co dzień nie dawały pozytywnej nadziei. Pozostawałam zmienniczką do drugiego meczu półfinałów ligi. Graliśmy wtedy serię z Osasco. Rywalizacja Rio de Janeiro z tym klubem to wielki klasyk w Brazylii. Przegraliśmy pierwszy mecz, co oznaczało, że jeśli przegralibyśmy drugi, to tracimy szansę na złoto.

Rewanż graliśmy u nas. Na meczu było sporo mojej rodziny. Spotkanie rozpoczęło się niekorzystnie, więc trener wstawił mnie na boisko. Odmieniliśmy losy i ostatecznie wygraliśmy starcie. W trzecim meczu znalazłam się w podstawowym składzie. Znów zwyciężyliśmy, przez co awansowaliśmy do finału. Po raz pierwszy w życiu znalazłam się w nim nie jako zmienniczka, ale jako podstawowa siatkarka, która miała rzeczywisty wpływ na wynik. Ostatecznie wygrałyśmy też finał, więc czułam się niesamowicie szczęśliwa. Towarzyszył mi wtedy inny rodzaj emocji. Dostałam w tamtym okresie wielką lekcję siatkówki i życia.

Wiem, że 2019 rok był dla ciebie trudny.

Odeszłam z Rio i dołączyłam do Osasco. Miałam poważną kontuzję stopy, którą trudno było wyleczyć. W przypadku mojej przypadłości liczyło się na to, że coś tam w tej stopie samo się zniszczy, zrośnie i wróci do sprawności. Niestety tak u mnie nie było, a dodatkowo nikt nie miał pomysłu jak zrobić ewentualną operację. Musiałam żyć z tym bólem. Od dwóch lat mam spokój, ale wcześniej, przez trzy, towarzyszył mi ogromny dyskomfort. W międzyczasie doszła wspomniana wcześniej zmiana klubu. Grałam bardzo słabo i równie słabo się czułam fizycznie. To sprawiło, że i psychicznie znalazłam się w sporym dołku. Zatraciłam pewność siebie. Wtedy przyszedł Covid. Wszystko stanęło w miejscu. Dostałam szansę na spokojne wyleczenie kontuzji. W międzyczasie nadeszła informacja, że przełożono igrzyska. Jeżeli koronawirus zrobił coś dobrego, choć trudno tak o tym mówić, to właśnie dał mi dodatkową szansę. Jestem w pełni przekonana, że gdyby turniej olimpijski odbył się w pierwotnym terminie, to Ze Roberto nie umieściłby mnie nawet na szerokiej liście powołanych. Nie nadawałam się do walki o występ na igrzyskach.

Nadszedł nowy sezon, szansa na walkę o igrzyska. Wykonałam poważną rozmowę sama ze sobą. Wypisałam sobie małe i duże cele. Tym dużym był występ w Tokio albo przynajmniej mocna walka o miejsce w składzie reprezentacji. Pracowałam mocno nad sobą. Wróciłam do gry bardziej skoncentrowana, pewna swoich umiejętności i tego, gdzie chcę się znaleźć. Miałam dokładnie określoną swoją odpowiednią wagę, stan psychiczny i to jak mam grać. Poza tym wszystko inne przestało się liczyć. Można powiedzieć, że w ciągu dwóch lat spadłam z wysokiego punktu w wielki dołek, by później odbić się i znów poszybować w górę. Sezon 2020/2021 był jednym z najlepszych w karierze, jeśli chodzi o formę psychiczną i fizyczną. Byłam tak nakręcona na widok swojego nazwiska na liście powołanych, że wszystkie bolączki musiały odejść na bok.

Tamten okres zmienił cię też jako człowieka?

Tak, ale nie zrobiła tego kontuzja. Grałam słabo, bo nie miałam formy. Tamten okres nauczył mnie większego doceniania zdrowia psychicznego. Możesz być w świetnej formie fizycznej, ale jeśli głowa nie pracuje prawidłowo, to jesteś cieniem samego siebie. Zaczęłam pracować z psychologiem. Cały czas mam z nim kontakt. Śmieję się czasem z mamą, że terapia jest już dla mnie normalną częścią życia. To pomogło mi poznać siebie jako osobę. Dobrze rozumiem własne emocje, a przez to lepiej umiem nad nimi panować. Wydaje mi się, że te lata zmieniły mnie tak mocno, że mogę opowiadać już o starej i nowej Robercie (śmiech).

Czy głowa to kluczowa cecha dobrego rozgrywającego?

To trudna robota (śmiech). Z moich doświadczeń – osoby, która miała okazja grać ze świetnymi rozgrywającymi i która wciąż podgląda inne zawodniczki – wynika, że kluczowa jest mentalna stabilizacja. Musisz być cały czas czujny, bo praktycznie w każdej akcji dotykasz piłki. Nie możesz sobie „odpocząć” podczas wymiany, bo co rusz musisz wystawiać piłki. Musimy umieć dobrze „czytać” ludzi – która przyjmująca, atakująca ma swój dzień i warto grać na nią częściej albo która jak ustawia się środkowa rywalek. To pozwala ci podjąć decyzję czy grać krótką piłkę do swojej środkowej, czy może wysoką lub szybką do innej koleżanki. W głowie rozgrywającego zachodzi masa procesów. Czasem bardziej skupiam się na tym, jak mogę poprawić swoją grę albo ją zmienić niż na atakującej przeciwniczek. Mam poczucie, że jeśli coś poprawię, to wywołam sporą pozytywną różnicę w grze mojego zespołu.

Rozgrywający musi być spokojny. To serce, ale i rozum zespołu. Nie potrzebuję krytyki, bo uwierz mi, jestem pierwsza, która sama siebie karze. Nawet jeśli popełniamy błąd – co się zdarza – to musimy szybko o tym zapomnieć i powrócić do dawnej koncentracji. Gracz na tej pozycji jest poniekąd psychologiem. Musi wiedzieć, jak rozmawiać z daną zawodniczką. Na jedną zadziała żart, który ją rozluźni, na drugą może trzeba krzyknąć, bo tak woli.

Luciano De Cecco powiedział mi, że dobry rozgrywający musi być zawsze o krok przed przeciwnikiem, by umieć móc go „oszukać”.

To prawda, tym bardziej, że powiedział to fantastyczny rozgrywający. Sporo uwagi poświęcam na analizę rywalek i swojej gry, bo wiem, że rywalki robią to samo. Nie możesz się przyzwyczajać na zawsze do swojego stylu gry, bo przeciwnicy cię prędzej czy później rozczytają. Rozgrywający musi mieć w sobie trochę wirtuozerii, aby zaprezentować coś, co zaskoczy wszystkich.

Rozmawialiśmy o grze w brazylijskich klubach, a co z reprezentacją? Jak wyglądało pierwsze zgrupowanie?

Można powiedzieć, że spełniły się moje marzenia, z taką różnicą, że… one cały czas spełniają się za każdym razem, gdy przyjeżdżam na kadrę. Wciąż widzę coś lub kogoś nowego. Co do pierwszego zgrupowania, to trafiłam do kadry w 2015 roku. W tym czasie mieliśmy dwie wielkie imprezy w jednym momencie, w związku z czym Ze Roberto powołał jakąś nadzwyczaj dużą liczbę zawodniczek. Brałam udział tylko w dwóch częściach World Grand Prix, ale czułam się fantastycznie. Szczególnie ciarki mnie przeszły, gdy założyłam koszulkę reprezentacyjną. Nie wiedziałam, czy to dzieje się naprawdę. Koło mnie na boisku stały fantastyczne dziewczyny stanowiące o sile światowej siatkówki. Na tym skończyła się moja pierwsza przygoda z kadrą, bo gdy Ze Roberto zawęził skład po WGP, nie załapałam się na listę. Siedziałam u siostry, gdy dostałam wiadomość. Nie powiem trochę się popłakałam, bo już zdążyłam poczuć smak reprezentowania ojczyzny. Chwilę później zaczęłam się zastanawiać: „Dobra, co muszę zrobić, żeby znowu przeżyć podobne emocje?”

Wróciłam do klubu, bo zbliżał się okres przygotowawczy. Pewnego razu poszłam do kina. Nie wiem, co mnie naszło, ale wybrałam się sama. W trakcie seansu zadzwoniła menedżerka kadry. To moja przyjaciółka, więc myślałam, że dzwoni, bo chce się spotkać na obiad.

Hej, siedzę teraz w kinie. Mogę do ciebie oddzwonić później? – zapytałam się.

Nie, nie, nie. Muszę ci przekazać coś ważnego – odpowiedziała.

Zdziwiłam się trochę. Kadra była zamknięta dwa tygodnie temu, więc nie miałam prawa myśleć o powołaniu.

Co robisz jutro? – zapytała mnie.

No… mam trening.

Nie, jutro dołączysz do reprezentacji w hotelu w Rio de Janeiro. Weźmiesz udział w meczach towarzyskich przeciwko Holandii.

Co!?

Tak, dobrze usłyszałaś. Wracasz do reprezentacji. Ze Roberto cię polubił i postanowił włączyć do kadry i dać ci jeszcze szanse. Tak więc jutro o szóstej rano meldujesz się w hotelu.

Zgłupiałam, nie wiedziałam, co mam robić? Obejrzeć film do końca? Nic z niego nie pamiętam. W głowie siedziała mi reprezentacja. Następnego dnia udałam się na kadrę, a już po południu odbywał się pierwszy mecz. Od tamtej pory moje nazwisko znajduje się na liście powołanych aż do dzisiaj. Mimo to zawsze przy publikacji składu towarzyszy mi niepokój. Nie potrafię myśleć, że moja pozycja w kadrze jest pewna. Za każdym razem przeżywam te same emocje. Wyczekuje listy powołanych siatkarek, szukam swojego nazwiska i emocjonuje się tym, że widnieje w składzie. Czasami tylko zakładam, że może zdarzyć się tak, że będę na zgrupowaniu i wtedy planuje sobie odpowiednio wolne. Ludzie mówią, że nie mam czym się przejmować, bo na 100 procent znajdę się w reprezentacji, a ja jakbym za każdym razem nie dowierzała (śmiech). Wychodzę z założenia, że trener może chcieć zmienić koncepcję drużyny i postawić na inne zawodniczki. Dodatkowo każdego roku do kadry przedziera się jakaś młoda zawodniczka. Skąd mam mieć pewność, że znajdę się w kadrze? Poza tym dzięki takiemu podejściu bardziej skupiam się na tym co dzieje się teraz np. w grze w klubie.

W klubie miałaś styczność z Rezende. Przyjeżdżasz na kadrę, a tam kolejna legenda, Ze Roberto. Daniele Santarelli opowiadał mi, że ceni w nim spokój i komunikację z siatkarkami.

On taki spokojny nie jest. Też potrafi się wkurzyć (śmiech). To wielka postać brazylijskiego sportu. Jedyny trener, który zdobył złoto olimpijskie z kobietami i mężczyznami. Nie potrafię pojąć jak on i Rezende potrafią pracować w jednym miejscu przez tyle lat i nie schodzić z wysokiego poziomu. Rozumiem to w krótszym okresie, ale pracować w kadrze przez kilkanaście sezonów i nie schodzić z medalowych pozycji? To brzmi aż nierealnie. Zobacz, ile przez lata było reprezentacji, które były przez moment na topie, bo trafiła im się akurat utalentowana generacja. Nic za ich sukcesem nie poszło. A u nas? Jedne zawodniczki odchodzą, a Ze Roberto zawsze potrafi kogoś stworzyć i trzymać się czołówki.

To nie jest typ emocjonalnego trenera jak Bernardo, ale też potrafi się wkurzyć. Nie chcę ich porównywać, bo to niemożliwe. To dwie różne osoby, które jednak łączy ogromna miłość do pracy i siatkówki. Miewa również momenty, w których sobie pokrzyczy. Potrafi narzucić mocne obciążenia treningowe. Bardzo lubi indywidualne rozmowy z rozgrywającymi. Sam nim był, więc zna się na tej pozycji. Podczas timeoutów zabiera je na stronę i tłumaczy pewne instrukcje jeden na jeden. Ogólnie to typ trenera-nauczyciela, który zwraca uwagę na detale.

Dwa lata temu osiągnęłaś przy nim największy sukces w karierze – srebro igrzysk olimpijskich.

Pamiętam jak kiedyś rozmawiałam z Fabi o grze w turnieju olimpijskim. „Jak to jest grać na igrzyskach?” – pytałam ją. „Jest inaczej niż na każdym innym turnieju, na jakim grasz” – odpowiadała. Mówiła, że możesz mierzyć się z daną kadrą, zawodniczkami wielokrotnie nawet w tej samej hali, lecz na igrzyskach wszystko nabiera innego znaczenia. „Mam nadzieję, że pewnego dnia zagrasz tam i przypomnisz sobie moje słowa” – powiedziała Fabizinha. Miała rację, igrzyska to coś magicznego. Wioska olimpijska to magia, tak samo jak mecze. Widzisz gwiazdy wielu dyscyplin, czujesz niecodzienną atmosferę. Jako że dla większości z nas były to pierwsze igrzyska, widok każdej rzeczy związanej z igrzyskami mocno nas emocjonował.

Kiedy zrozumiałaś, że stać was na medal?

Wiedziałyśmy, że nie jesteśmy faworytkami do złota. W tej roli każdy widział Amerykanki. Przed początkiem turnieju uzgodniliśmy w zespole, że na tyle ile możemy, odcinamy się od mediów społecznościowych. Nie śledzimy, co o nas piszą, nie zaglądamy na Facebooka czy Instagrama. Używamy telefonów głównie do rozmów z najbliższymi. Chodziło o to, by skupić się na grze i odciąć się od niepotrzebnych komentarzy.

W kraju każdy widział medale na szyi męskiej kadry i siatkarzy plażowych. O nas mówili, że nie wiadomo na co nas stać, bo nie mamy dobrego zespołu. Teraz myślę, że to nas jeszcze bardziej zmotywowało. Dzięki dobrej koncentracji, liczył się na nas tylko obecny dzień. Nie wybiegaliśmy daleko do przodu ani nie wspominaliśmy poprzednich występów. Niestety nie skończyliśmy ze złotem, ale każdy z nas doceniał wysiłek włożony w wywalczenie srebra.

Kiedy zaczęliście doceniać srebro, a nie przeżywać porażkę w finale?

Co oczywiste każdy na początku był rozczarowany. Nie chodziło o to, że przegraliśmy, ale styl, w jakim Amerykanki nas pokonały. W ogóle nie pokazaliśmy poziomu z poprzednich faz turnieju. To było daleko do 100 procent naszych możliwości. Z kolei rywalki grały perfekcyjnie. Zasłużyły na złoto.

W szatni trochę płakaliśmy. Musieliśmy przebrać się przed ceremonią medalową. Przyszedł do nas sztab trenerski. Powiedzieli: „Wiem, że jesteście teraz smutne. Nam też nie jest teraz lekko. Ale czy wyobrażaliście sobie srebrny medal przed startem igrzysk? To jest wasz sukces, wasza nagroda za wysiłek. Jesteśmy drugim najlepszym zespołem. Przez pięć lat przygotowań mierzyliśmy się z wieloma problemami. Przegraliśmy, ale nad tym czego nam zabrakło, będziemy myśleć później. Teraz podnosimy głowy i przyjmujemy medale z dumą”. W jednej chwili przestałyśmy rozpaczać, jakby srebro było katastrofą.

W Brazylii kibice mają twarde nastawienie. Jeśli zdobywasz złoto, to jesteś chwalony i podziwiany. Jeśli zdobywasz srebro, brąz lub wracasz bez medalu, to nie nadajesz się do niczego. Postanowiliśmy, że wyjdziemy na podium i pokażemy ludziom w kraju jak jesteśmy dumne z osiągnięcia. Odebrałyśmy medale w najlepszy możliwy sposób. Nie oznacza to, że będziemy spoczywać na laurach. Chcemy zdobyć złoto następnym razem.

Nalbert mówił mi, że jego największym żalem z czasów kariery było to, że nie potrafił doceniać sukcesów. Za każdym razem, gdy zdobywał złoty medal, od razu myślał o kolejnym turnieju.

My, siatkarze jesteśmy jak trybiki w maszynie. Zdobywasz puchar? Brawo, masz pięć minut na świętowanie, bo następnego dnia myślisz już o innym meczu. Nie pozwalamy sobie świętować sukcesów, bo tłumaczymy się tym, że nie chcemy się zdekoncentrować i spocząć na laurach. Ostatnio to się zmienia. Sportowcy rozumieją, że są też ludźmi i mają prawo cieszyć się z sukcesów.

Jesteśmy przez większość roku z dala od domu i rodziny. Tracimy wesela, urodziny i inne przyjęcia. Nasz rytm dnia podyktowany jest treningiem. Śpimy praktycznie na zegarek, nie pijemy, nie palimy, jemy tylko zdrowe jedzenie. Funkcjonujemy czasem jak roboty. Gdy odebrałam medal, poczułam jakby moje całe życie przewijało się w głowie. Sukcesy są nie tylko dla nas, ale także dla naszych bliskich, którzy są z nami nie tylko w tych pięknych, ale i trudnych momentach. To oni nas wysłuchują, gdy płaczemy po porażce lub przeżywamy problemy emocjonalne. Uważam, że sportowiec potrzebuje momentu, w który może zatrzymać się i docenić to, czego dokonał. Medal za jakiś czas zawiśnie w mieszkaniu, ty skupisz się na dalszej grze, a szansa na unikalne prężycie zniknie bezpowrotnie. Wracanie pamięcią po karierze to nie to samo, co celebrowanie sukcesu na żywo.

instagram

Co wiedziałaś o Polsce i ŁKS-ie przed podpisaniem kontraktu?

Kilka lat temu w ŁKS-ie grała moja dobra przyjaciółka Regis Bidias (w ostatnim sezonie zawodniczka Volleya Wrocław – przyp. M.W). Opowiadała mi historie o tym, jak wielkim klubem jest ŁKS i jak fanatyczni są jego kibice. Gdy występowała w zespole, ten sięgnął po złoty medal. Dowiedziałam się też wiele o dwóch największych rywalach – Developresie Rzeszów i Chemiku Police. Spodobało mi się to, że w ŁKS-ie pamięta się o wszystkich kibicach i zawodniczkach, również tych byłych. Na początku sezonu zawieszono koszulkę zawodniczki nad boiskiem (chodzi o Izabelę Kowalińską – przyp. M.W). Niezależnie od tego gdzie gramy, mamy ze sobą wsparcie podróżujących kibiców. To dodatkowo sprawia, że mogę grać przy fantastycznej atmosferze niezależnie od miejsca w Polsce.

Jak oceniasz poziom Tauron Ligi? Joanna Wołosz mówiła mi, że wiele polskich zawodniczek czuje się tutaj zbyt komfortowo, nie mają dużych ambicji sportowych i nie chce im się wyjeżdżać z kraju.

Gdy podpisałam kontrakt z ŁKS-em, obejrzałam wiele spotkań polskiej ligi, również te z czasów, gdy Wołosz tu występowała. Pytałam się także dziewczyn jak wyglądał poziom ligi kilka lat temu. Dochodzę do wniosku, że dawniej poziom był zdecydowanie lepszy. Nie chodzi mi tylko o jeden czy dwa zespoły, ale o ligę jako całość. Koleżanki twierdzą, że z roku na rok jest z tym coraz gorzej. Jeżeli jakaś zawodniczka się wybije, to szybko ucieka do Włoch lub Turcji. Są też takie z mentalnością: „Może nie ma tu super poziomu, ale za to czuję się tu dobrze”. Nie wiem skąd bierze się takie myślenie. Czy jest to im wpajane, gdy są młodymi siatkarkami? Nigdy w to się nie zagłębiałam, bo to w sumie nie moja sprawa. Widzę tylko, że jest część dziewczyn, którym nie pasuje taka mentalność i fakt, że spada poziom ligi. Jest też wiele siatkarek, którym w sumie to obojętne, bo najważniejsze, że mają gdzie grać.

To nie jest tak, że w Polsce nie ma utalentowanych siatkarek. Nie uważam się za starą zawodniczkę, ale trochę przeżyłam i grałam z wieloma świetnymi dziewczynami. U was nie brakuje talentów. Mówię to naprawdę poważnie, jest wiele młodych dziewczyn z potencjałem do gry na wysokim poziomie. Widziałam, jak reprezentacja Polski rozwinęła się w ubiegłym roku. Zawodniczki prezentowały fenomenalną siatkówkę. Jeżeli młode dziewczyny postawią mocno na rozwój i nie wyparuje z nich ambicja, to w najbliższych latach wasza kadra dostanie kolejne świetne talenty.

Czyli to jest kwestia mentalności?

Trenerzy muszą przystosować się do pracy z nową generacją. Do gry wchodzą dziewczyny, które nie znają świata sprzed czasów social mediów. Potrzebny jest balans. Wątpię, żeby metody pracy trenerów z czasów początków mojej kariery sprawdziły się w dzisiejszych czasach. Kiedyś presja goniła presję. Nikogo nie obchodziło, że płakałeś po meczach czy treningach. Jak sobie nie radziłeś, to wstawiano na twoje miejsca konkurenta, tyle. Dzisiaj uważam, że takie surowe podejście uczyniło mnie zawodniczką silną psychicznie, ale nie chciałabym, by kolejna generacja przeżywała to samo. Nie można być ekstremalnie surowym, jak również nie powinno się „zagłaskiwać” dziewczyn, bo one też muszą mieć postawione jakieś ambitne wyzwania.

Podoba mi się to, że dzisiejsi trenerzy zwracają dużą uwagę na indywidualny sposób komunikacji. Są dziewczyny, które lubią jak się im krzyczy do ucha. Są też takie, które coś takiego doprowadziłoby to ataku paniki. Jeżeli chcesz grać na wysokim poziomie, oprócz umiejętności sportowych musisz umieć radzić sobie z presją. Bez tego nie osiągniesz sukcesu. Często o wygranym secie czy meczu nie decyduje poziom siatkarski, a zwykłe mentalne opanowanie. To, że zawodniczka poprosi o piłkę w ostatniej akcji meczu i zagra z ryzykiem. Najlepsze siatkarki na świecie nie myślą o tym, że zostaną skrytykowane, jeśli nie powiedzie się im kluczowa akcja meczu. Traktują ją jak każdą inną.

W przypadku piłki nożnej mówi się, że jeden Brazylijczyk w zespole to wielkie wzmocnienie. Dwóch Brazylijczyków to jeszcze większe wzmocnienie, ale trzech i więcej to zwiastun katastrofy, ze względu na tworzenie się zamkniętej grupy.

Dla mnie to normalne, że w trakcie sezonu w drużynie tworzą się mniejsze grupki. Nie będę smutna czy zła, jeśli wejdę do szatni i zobaczę dziewczyny w swoim kręgu, do którego nie zostałam przyjęta. Nie podpisuje kontraktu, by nawiązywać przyjaźnie, tylko po to, by grać dla zespołu. Oczywiście, jeśli uda mi się stworzyć bliskie relacje z dziewczynami, to bardzo się cieszę, bo jestem typem osoby, która lubi poznawać nowe osoby. Jeśli z kimś znajdę fajne porozumienie, to czuję się szczęśliwsza. Zdaję sobie jednak sprawę, że to jest tylko dodatek do naszej pracy. Moim podstawowym obowiązkiem jest grać dobrą siatkówkę, a nie pełnić funkcję lubianej koleżanki. Musimy być najpierw dobrym zespołem. Jeśli grupa dziewczyn nie robi niczego złego dla zespołu, to dlaczego miałabym się wściekać, że nie jestem wśród nich?

Myślę, że w każdym miejscu, gdzie odbywa się praca zespołowa, znajdziesz osoby, które mniej lub bardziej świadomie działają destrukcyjnie dla grupy. Są też takie osoby, które dodają energii – ich chcesz mieć przy sobie jak najwięcej. Lata temu grałam w zespole pełnym gwiazd. Szczerze? Ten zespół miał mnóstwo wewnętrznych problemów. Chyba nigdy nie spotkałam się z tak konfliktową szatnią. To chyba nie zależy od narodowości człowieka, ale od jego ego. Może się zdarzyć tak, że stworzysz świetny zespół, jeśli chodzi o charaktery, ale i tak trafi ci się jedna lub dwie osoby z negatywnym nastawieniem. W takich sytuacjach można jeszcze tym zarządzać, bo dwie osoby nie zagrażają pozostałej dwunastce.

instagram

Jak ci się podoba włoska szkoła trenerska? W klubie prowadzi cię Alessandro Chiappini.

Bardzo mi pasuje. Jestem ciekawa, jaki Ale był na początku kariery trenerskiej. Usłyszałam wiele historii o nim z tego okresu. Teraz wydaje się inną osobą. Włosi mówią, że to nie jest typowy włoski trener. Z kolei Polacy uważają, że nie przesiąkł w ogóle polską myślą. Chiappini to inteligentny i mega profesjonalny trener. To świetny obserwator, nie tylko jeśli chodzi o sprawy sportowe. Umie czytać zachowanie i emocje z twarzy zawodniczek. To bardzo ważna cecha, szczególnie gdy pracujesz z kobietami. Mamy swoje humory i okresy, w których żaden człowiek nie wie, jak zareagujemy. Jednego dnia mamy ochotę kogoś zamordować, by następnego non stop płakać – ot cały okres w pigułce (śmiech). Nie mam wątpliwości, nie jest łatwo z nami pracować. Ale ma dobre czucie. To nie jest tak, że on się z tym urodził. To raczej kwestia wieloletniej nauki i chęci rozwoju. Posiada umiejętność dostosowania się do warunków i osób, z którymi pracuje.

Ale ma bardzo fajny zwyczaj. Zawodniczka, która zdobędzie nagrodę MVP meczu, jest zaproszona na kolację do jego mieszkania. Może ze sobą zabrać jeszcze koleżankę z drużyny, a on dla wszystkich przyrządza jedzenie. Myślę, że oprócz motywu docenienia siatkarki, to też dla niego świetna okazja do poznania nas nie tylko od strony siatkarskiej. Niemniej to na pewno mu pomaga w zrozumieniu nas i dostosowaniu swojej komunikacji. Alessandro nie obchodzi to, czy jesteś gwiazdą, czy nie. On chce, by każdy czuł się ważnym członkiem zespołu. Pracowałam wiele lat z Rezende i mogę powiedzieć, że obaj w tej kwestii myślą podobnie. Gdy przegrywamy mecz, Ale bierze na siebie odpowiedzialność. Dużo myśli nad tym, co zrobił źle, co może poprawić na przyszłość. Kiedy trzeba zwiększyć obciążenia, robi to bez zawahania. Wie też, kiedy trzeba odpuścić. To świetny człowiek, który mam wrażenie, że z roku na rok będzie jeszcze lepszym trenerem. Pomimo ogromnego doświadczenia on wciąż chce się rozwijać.

Co stało za świetną formą ŁKS-u w tym sezonie?

Alessandro i cały sztab wpajają w nas mentalność, że dziś możemy być dobrzy, a następnego dnia jeszcze lepsi niż wczoraj. Gdy na początku sezonu wygrywaliśmy mecz za meczem, cały czas przypominał nam, że cieszy się z punktów, ale potrzebujemy kolejnych (rozmowę przeprowadzono przed finałami Tauron Ligi – przyp. M.W). „Jeśli będziemy dalej pracować na kolejne punkty, to będziemy pierwsi. To pomoże nam później w play-offach” – mówił. Wiemy, że porażka w fazie zasadniczej znaczy niewiele w porównaniu z porażką w ćwierćfinale czy półfinale. Nie przypominam sobie, byśmy w którymkolwiek fragmencie sezonu zaczęli świętować przedłużenie serii zwycięstw. Nikt nie uważał się za najlepszego w Polsce.

Masz już pomysł na siebie po skończeniu z siatkówką?

Jednego dnia coś mi wpada do głowy, a następnego zmieniam zdanie. Wiem jednak, że ten moment z roku na rok szybko nadchodzi. Czasem mam ochotę na pracę związaną z kawą, innego razu myślę o pracy przy zarządzaniu i organizowaniu czegoś, ewentualnie komunikacji, bo bardzo to lubię. Nie widzę siebie przy siatkówce. Nie urodziłam się z talentem trenerskim. Nie potrafię na dziś powiedzieć, czy będę mieszkać w Brazylii po zakończeniu kariery. Nie jestem jeszcze niczego pewna.

Może pójdziesz w ślady byłej koleżanki z zespołu, Fofao i będziesz grała do 45. roku życia?

Nie no, 45 lat to za dużo. Zapisz jednak naszą rozmowę na przyszłość. Jeśli rzeczywiście w tym wieku będę jeszcze grała w siatkówkę, to będziesz miał prawo mi to wypominać. W Brazylii wciąż gra 42-letnia Carol Gattaz. Wiem, że rozgrywające mają długie kariery, ale… tyle lat?

Popatrz na Fabiolę. Pomimo 40 lat bardzo dobrze jej szło w Chemiku.

Ona jest niesamowita! To wspaniała zawodniczka, ale także bardzo przyjazna osoba. Co ciekawe, grałam z nią podczas mojego drugiego sezonu w profesjonalnej siatkówce.

Dobra… myślę, że do czterdziestki jestem w stanie grać. Jak będę miała 41 lat, to będziesz mógł powiedzieć: „Roberta, co ty jeszcze robisz w tej siatkówce?”. Obecnie mam 33 lata. Myślę, że najprawdopodobniej będę grała do 37. roku życia.

Za co doceniasz siatkówkę?

Pozwoliła zarządzać moją frustracją i emocjami. Wychodzę z założenia, że w siatkówce doświadczyłam więcej smutku niż szczęścia. Każdego dnia trenuję, by być lepsza. Walczę w każdym meczu o zwycięstwo, a mimo to co rusz popełniam błędy. Miewam dni, w których przychodzę do domu i zasypiam w łóżku bardzo zła na siebie samą. Złe emocje szybko zajmują nasze całe ciało. Siatkówka pozwoliła mi żyć z tym i nie pozwalać, aby frustracja przejęła nade mną kontrolę. Ten sport nauczył mnie także samodzielności. Od wielu lat żyje z daleka od rodziny i bliskich znajomych. Szybko dojrzałam jako kobieta. Musiałam to zrobić, bo inaczej nie miałabym szansy na profesjonalną karierę. Umiem nawiązywać kontakty – to także istotna cecha w kontekście pracy po skończeniu z siatkówką.

Rozmawialiśmy wcześniej o moich planach po zakończeniu kariery. To w sumie ciekawe, że przez lata trenujemy po dwa razy dziennie. Podróżujemy tysiące kilometrów, żyjemy z presją i niekończącą się meczową adrenaliną. Nie potrafię wyobrazić siebie za kilka lat, leżącej na kanapie i oglądającej siatkówkę. Odkąd gram w kadrze nie miałam prawdziwych wakacji. Powiedzmy, że postanowię wreszcie się na nie wybrać. Przecież ja zwariuję mając trzy tygodnie wolnego. Z pewnością zatęsknię za rywalizacją i tym charakterystycznym bólem brzucha przed ważnymi spotkaniami.

Mówisz, że nie będziesz mogła wytrzymać trzech tygodni na wakacjach. Wychodzi na to, że spędziłaś zbyt wiele czasu z Bernardinho.

Masz rację. Jak zadzwonię do niego i powiem, że nie chcę wakacji, to mnie z powrotem ściągnie na trening (śmiech).

Czytaj też:
Wyniki Gali Polskiej Ligi Siatkówki. To oni zostali nagrodzeni za sezon 2022/23
Czytaj też:
Zaskakujący ruch polskiej siatkarki. Po zdobyciu pucharu zmieniła klub