Robert Mateja dla „Wprost”: Młodzi Polacy muszą pokazać, że zasługują na szansę

Robert Mateja dla „Wprost”: Młodzi Polacy muszą pokazać, że zasługują na szansę

Robert Mateja
Robert Mateja Źródło: Newspix.pl / Rafal Rusek / PressFocus
Niektórzy jego postać kojarzą w głównej mierze z wpadkami na skoczniach narciarskich. Robert Mateja to jednak człowiek, który skokom narciarskim poświęcił ponad 40 lat swojego życia. Trzy razy był na igrzyskach olimpijskich, miał swoje dobre momenty w karierze zawodniczej, a teraz zajmuje się szkoleniem młodzieży. Specjalnie dla „Wprost” Mateja opowiedział zarówno o tej jasnej, jak i ciemnej stronie życia sportowca.

Robert Mateja swoją karierę skoczka narciarskiego rozpoczynał w okresie, w którym ten sport był w głębokim kryzysie. Po latach Biało-Czerwoni zaczynali ponownie coś znaczyć za sprawą m.in. pracy kadry pod okiem Pavela Mikeski oraz Apoloniusza Tajnera. Matei przypadło dodatkowo być w środku „Małyszomanii”, która dotknęła nie tylko samego Adama Małysza, ale również jego kolegów z reprezentacji Polski.

Trzykrotny uczestnik igrzysk olimpijskich (Nagano 1998, Salt Lake City 2002, Turyn 2006), pierwszy Polak, który przekroczył granicę 200 metrów na skoczni narciarskiej (Harrachov, rok 2001). W szczerej rozmowie dla „Wprost” Mateja opowiedział m.in. o tym, jak prawie został kierowcą zawodowym na pełen etat, czy faktycznie skakał z Wielkiej Krokwi z zamkniętymi oczami oraz jaka jest nadzieja – i czy jest – dla polskich skoków.

Rozmowa z Robertem Mateją, byłym skoczkiem narciarskim, olimpijczykiem, obecnie trenerem w SMS Szczyrk

Maciej Piasecki („Wprost”): W przyszłym roku skończy pan 50 lat. Ile z nich zostało poświęconych na skoki narciarskie?

Robert Mateja (były skoczek narciarski, olimpijczyk, obecnie trener SMS Szczyrk): Czasem mam wrażenie, że całe życie. Właściwie sam początek, czyli dzieciństwo, zaczęło się od siódmego roku życia. A jak już doszły do tego treningi, to trwa tak do tej pory, choć już po drugiej, trenerskiej stronie.

Skoro początek datować w roli siedmiolatka, to wychodzą ponad cztery dekady ze skokami narciarskimi. Szmat czasu.

To prawda. Mając siedem-osiem lat wiadomo, to też nie było jeszcze częste trenowanie, raczej w trakcie zabawy na śniegu. Byłem już jednak zapisany w klubie, no i co, tak to się ciągnie do teraz.

Trener Pavel Mikeska, z perspektywy lat, uratował polskie skoki?

Na pewno czeski szkoleniowiec trafił do Polski w trudnym momencie. To były lata 90. poprzedniego wieku, polski sport po transformacji ustrojowej mocno podupadał. I to nie był tylko problem skoków narciarskich. Wszystkie sporty w Polsce kulały. Trener Mikeska pojawił się i pamiętam, że krok po kroku zaczął układać to tak, jak powinno wyglądać.

twitter

Czech liznął wcześniej trochę sportowego świata. Był trenerem w Niemczech, w dwóch klubach – z Oberstdorfu i Garmisch-Partenkirchen – i widział jak to wygląda, jak to funkcjonuje. Brał udział w zawodach Pucharu Świata, czyli najważniejszych imprezach w kontekście skoków narciarskich. Obserwował najlepszych zawodników, jak pracują, działają na najwyższym poziomie.

Mikeska przyjechał do Polski i to, jak funkcjonował wcześniej np. w Niemczech, co zobaczył w walce o Kryształową Kulę, próbował przełożyć na polskie realia. Różne to były sposoby, czasem trochę niecodzienne, ale też realia w Polsce były zupełnie inne. Trzeba było wiele rzeczy wychodzić, znaleźć odpowiedni sposób w obliczu sporych wyzwań.

Robert Mateja ze swoimi zawodniczymi doświadczeniami kroczy dziś podobną drogą? Proszę powiedzieć, co tak właściwie obecnie pan robi w życiu.

Jestem zatrudniony w Polskim Związku Narciarskim, ale oddelegowano mnie do szkoły sportowej w Szczyrku. Doszło do zmiany systemu szkolenia względem tego, co mieliśmy wcześniej, w grupach juniorskich. Całość została przekazana pod szkoły sportowe. Funkcjonuje trener koordynator, który śledzi nasze działania, organizuje zgrupowania centralne, wyjazdy na zawody niższej rangi, dla juniorów.

Czy kroczę podobną drogą? Obecnie troszeczkę jest to inne, dziwne. Pierwszy raz się spotykam z takim rozwiązaniami. Może gdzieś to już dobrze funkcjonuje. Jest inaczej, nie ukrywam, że ciężej to wszystko posklejać. Jest trochę chaosu, ale załóżmy, że jakoś idzie i weryfikacja przyjdzie już podczas zbliżającej się zimy.

Sporo jest młodych skoczków w szkole w Szczyrku?

Została wyselekcjonowana grupa około 50 osób. Z tego zestawu trzeba wybrać tych najlepszych. Wszyscy mają mieć docelowo podobne warunku szkolenia. Ale w praktyce nie wszyscy jadą na zgrupowania centralne czy zawody, żeby rywalizować z innymi. Jest to nieco inaczej skonstruowane,

A na czym polega trudność, o której pan wspomina?

Przykładowo, trudno jest zorganizować dla wszystkich chłopaków sprzęt na takim samym poziomie, żeby mogli stanąć do równej rywalizacji. To kosztuje. Niektórzy mogą sobie pozwolić na coś lepszego, ale nie jest tak w każdym przypadku. My nie jesteśmy w stanie zapewnić wszystkim takich samych warunków sprzętowych.

Ciężko jest, nie ma co ukrywać.

Czytałem pańskie wypowiedzi z okresu pracy w kombinacji norweskiej. Tam też nie wiało specjalnym optymizmem.

Odnoszę wrażenie, że cały sport w Polsce podupada. Trudno jest znaleźć młodzież, która garnęłaby się do sportowego funkcjonowania na co dzień. Wiadomo, że postawienie na regularne treningi, walkę o profesjonalną karierę, to jest szereg wyrzeczeń. Ciężkiej pracy po której nikt przecież nie zagwarantuje, że na końcu tej drogi będzie faktyczny sukces, wynik, na który poświęca się często wiele lat życia.

Większość trenujących, próbujących swoich sił w sporcie, nie podniesie statusu społecznego na tyle, na ile może oczekiwać. Młodzież również kalkuluje, często nie chce na tyle ryzykować, bo może nie zapewnić sobie bytu, który dałby inny kierunek życia. To nie jest takie łatwe i wiem to sam z perspektywy lat występów w roli zawodnika.

Pan jeszcze kilka miesięcy temu również był blisko życiowych zmian. Zamiast sportu rola zawodowego kierowcy?

To prawda, był taki plan. Znalazłem program, który pomógł mi zrobić kilka kroków w stronę roli zawodowego kierowcy. Nie musiałem na starcie inwestować swoich pieniędzy, otwierała się ciekawa perspektywa. Skorzystałem z tego, uprawienia już mam, może taki pomysł okaże się rozwiązaniem na przyszłość.

Czyli Adam Małysz w ostatniej chwili przekonał jednak do skoków?

Okazało się, że byłem potrzebny. Dostałem ciekawą propozycję, czas do namysłu i mogłem wybrać, czy dojdzie do naprawdę dużych zmian, czy jednak postawię na to, co większość życia było dla mnie najważniejsze. Teraz mam przynajmniej rozwiązanie na moment, gdyby jednak w skokach miało się nie udać. To też większy komfort, który nie sprawia przy tym, że nie chce się starać z obowiązkami sportowymi.

A już miałem o to pytać.

Wie pan, takie mamy czasy, że niewiadomo, co nas spotka. Brzydko powiem, ale trzeba łatać koniec z końcem. Mieć świadomość, że w przypadku trenerów, szuka się coraz młodszych ludzi, być może z większym temperamentem od mojego. Z wiekiem tego trochę ubywa, nie oszukujmy się.

Dodatkowo mam takie przekonanie, że każdy w swoim życiu coś chciałby zmienić.

A z perspektywy lat, jak oceniłby pan swoją karierę skoczka?

Trudne pytanie.

Nie oczekuję łatwej odpowiedzi.

Brzydko to zabrzmi, ale może trzeba się było wcześniej wycofać. I iść w innym kierunku.

Smutne podsumowanie.

Ale wie pan dlaczego? Żeby mieć lepiej.

Są w Polsce jednostki, które na skokach narciarskich się dorobiły, mogą z zadowoleniem spoglądać na osiągnięcia. Większość jednak jest po tej drugiej, czarniejszej stronie.

Odpowiadając jednak na pana pytanie, jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem. Wielkich pieniędzy się nie dorobiłem, ale biedować nie bieduję.

Pierwszy poważny sukces w karierze osiągnął pan w Harrachovie. Tam też jako pierwszy Polak w historii Robert Mateja przekroczył barierę 200 metrów. Czeska skocznia po latach świetności w cyklu Pucharu Świata, obecnie czeka na powrót do elity i drugie życie. Żal tego miejsca?

Bolą takie przykłady w świecie skoków. Podobnie wyglądała sytuacja z naszymi, polskimi obiektami, które również zaczęły niszczeć. Chwała Panu, że udało się to jednak jakoś wyremontować i mamy dwa bardzo fajne kompleksy skoczni, których zazdroszczą nam nawet ludzie z zagranicy. Dobrze jednak znamy takie sytuacje, w jakich przed laty zaczęli być Czesi i muszą walczyć o reaktywację Harrachova. Byłem po czeskiej stronie trzy lata i widziałem wiele od środka, jest tam krucho.

Dobrze byłoby wrócić do dawnych tradycji w Harrachovie. Gdzie faktycznie, dobrze mi się skakało. Świat poszedł jednak do przodu, wszystko się rozwija dookoła. Widać, że w pewnym momencie w Harrachovie stanęło to na latach 90.

twitter

Skoro jesteśmy przy ulubionych miejscach do skakania, na stronie Polskiego Komitetu Olimpijskiego znalazłem informację, że pan podobno potrafił skakać z Wielkiej Krokwi w Zakopanem z zamkniętymi oczami. To prawda?

No może tak nie do końca (śmiech).

Myślę jednak, że u każdego skoczka się to zdarza, że czasami pamięć i wzrok się wyłącza gdzieś od przejścia do pierwszych 20-30 metrów. Skoczek tego później nie pamięta, u mnie było bardzo podobnie. Często się zdarzało, że ta podświadomość się wyłączała. Człowiek się wypina i po prostu, działa to wszystko na zasadzie automatyzmu. Więc te zamknięte oczy można trochę podciągnąć pod prawdę.

A w Zakopanem dobrze się skakało?

Nie zawsze. Zazwyczaj tam, gdzie masz dobre wynik i skoki, tam wracasz później z sentymentem we wspomnieniach, czy przed kolejnymi startami, jeśli kariera trwa. Dzisiaj lubisz dany obiekt, przyjedziesz za pół roku, wyjdzie jakaś katastrofa na treningu czy w kwalifikacjach i można skocznię znienawidzić. Jak wszystko w życiu.

Reprezentacja Polski w głównej mierze opiera się o trzy postaci: Dawida Kubackiego, Piotra Żyłę i Kamila Stocha. Taki stan rzeczy trwa od ładnego kawałka czasu. Czy nasza drużyna A, mówiąc kolokwialnie, nie starzeje się?

Nie odbieram tego w ten sposób. Reprezentacja Polski ma po prostu bardzo dobrych zawodników, którzy pomimo upływających lat, nadal są w solidnej formie. Może tym samym blokują oni miejsce swoim młodszym kolegom, ale to dzieje się w pozytywnym sensie. Chwała, że trzymają się tyle lat w dobrym zdrowiu, ciągle mają chęci i głód do skakania i kolejnych wielkich sukcesów.

Młodsi muszą po prostu być lepsi od tych, których pan wymienił. Pokazać, że zasługują na kadrę. Jeśli nowe pokolenia chcą walczyć o medale do Polski, to muszą wykurzyć te starsze. Młodzi Polacy muszą pokazać, że zasługują na szanse. Podobna sytuacja była przez lata w Austrii. Przypomnijmy sobie, bardzo doświadczeni skoczkowie, trudna droga dla zdolnej młodzieży do przebicia się do kadry A. Czy nawet pojedynczych startów w zawodach Pucharu Świata.

Generalnie uważam, że całe skoki narciarskie z roku na rok coraz bardziej się starzeją. Wiek skaczących zawodników się z sezonu na sezon wydłuża. Zdarzają się supertalenty, które potrafią wbić się w czołówkę Pucharu Świata. Wchodząc cyklicznie do czołowej trzydziestki, ale takich przypadków, mam wrażenie, jest coraz mniej.

Za moich czasów skoki wyglądały inaczej, to było raczej półprofesjonalne rywalizowanie, ale pamiętam, że za drugim wyjazdem na mistrzostwa świata juniorów, na imprezie byli mistrz i wicemistrz olimpijski z Albertville. I do tego bodajże piąty-szósty zawodnik ze zmagań na igrzyskach. A to nadal byli przecież juniorzy.

Skąd ta „długowieczność” u współczesnych skoczków?

Swoją rolę mogą odgrywać pieniądze. Przy obecnych realiach Pucharu Świata można dość dobrze zarobić, spoglądając na bonifikaty do trzydziestego miejsca. To dodatkowa motywacja, zrobiło się opłacalnie. W dawnych czasach nagrody finansowe zamykały się w czołowej trójce, maksymalnie piątce-szóstce w poszczególnych konkursach. Reszta zawodników zostawała z niczym, patrząc na poszczególne występy w zawodach.

Paweł Wąsek, Jan Habdas, Kacper Juroszek. Ktoś jeszcze przychodzi panu na myśl, gdyby szukać tych przyszłych gwiazd reprezentacji Polski?

Utalentowanej młodzieży u nas nie brakuje. Nie chciałbym jednak konkretnie podawać nazwiska tych, którzy powinni wkrótce zacząć punktować w Pucharze Świata, przebijać się do czołówki. Dlaczego? Z prostego powodu, były bowiem w przeszłości w polskich skokach supertalenty, o których wiele się mówiło. Typu Klimek Murańka, Olek Zniszczoł – wydawało się, że już w kolejnym sezonie będą punktować w Pucharze Świata. Łapać się nawet do czołowych dziesiątek poszczególnych konkursów. Faktycznie, to się zdarzało, ale ostatecznie zawodnicy mają na sobie spory ciężar, wyhamowali ze swoimi talentami.

Za każdym razem powtarzam: Cierpliwość, wytrwałość, zawzięcie, żeby się nie poddawać, kiedy te nieco słabsze momenty przychodzą. Bo najczęściej właśnie ci najbardziej utalentowani są na nie najmocniej narażeni. Trzeba wierzyć w siebie i pamiętać, że nie zawsze trafi się idealny dzień, konkurs z punktami na koniec drugiej serii.

Sfera mentalna wydaje się być kluczowa.

Zdecydowanie. Wiadomo, czasy się zmieniają, świat dookoła rzuca nowe wyzwania. Myślę, że trudno sobie wyobrazić, żeby zawodnik profesjonalnie uprawiający skoki, nie miał kontaktu z psychologiem. Te sztaby ludzi wokół, jeden będzie od wiązania butów, drugi od noszenia kombinezonu. Trochę wyolbrzymiam, ale faktycznie, poszło to w lepszą stronę, dużo bardziej profesjonalną. A dawniej wcale nie było to takie oczywiste.

Pan miał z kim pogadać w czasach bycia skoczkiem?

Początkowe lata kariery, no niekoniecznie była ku temu możliwość. Dopiero w czasach, kiedy reprezentację przejął trener Apoloniusz Tajner. Otworzyły się nowe możliwości, współpraca z psychologiem, z fizjologiem. Serwismana jednak jeszcze nie mieliśmy w reprezentacji, tutaj trzeba było sobie radzić samemu (śmiech).

Ale tak, profesjonalizacja zaczęła się właśnie w okresie sukcesów Adama Małysza.

Robert Mateja był raczej z tych twardszych zawodników?

Raz byłem twardy, innym razem bardziej miękki. Człowiek zaweźmie się po porażce, ale bywa też, że bardziej odpuści. Ale najczęściej przychodził kolejny tydzień, nowy konkurs, świeże siły i zacięcie do tego, żeby spróbować powalczyć o dobry wynik.

A jak z perspektywy lat ocenia pan „szyderkę” z niektórych występów?

Najczęściej potrafiłem się zawziąć po dużych niepowodzeniach. Czasy się zmieniają, weszła era internetowej aktywności, gdzie każdy może się wypowiedzieć. Zarówno pochwalić, jak i wyszydzić drugiego człowieka. Dawniej tego nie było. Sytuacja wyglądała inaczej. W czasach, kiedy byłem zawodnikiem, skoczków w obrębie reprezentacji nie było tylu ludzi do wyboru. Chcąc czy nie, trzeba było jeździć na kolejne zawody.

Nie brzmi to za dobrze.

Tak to jednak wyglądało. Jadąc na kolejne zawody nie byłem pewny, czy osiągnę przyzwoity wynik, jakiego z pewnością bym chciał. Skoki na treningach wyglądały słabo i trudno było przewidywać, że nagle wydarzy się jakiś przełom. Polecenie z góry było jednak jednoznaczne, masz jechać na zawody i tyle.

Z drugiej strony patrząc, w kraju też nie za bardzo mogłem zostać, żeby spokojnie potrenować w trakcie Pucharu Świata. Krajowe skocznie najczęściej nie były na tyle dobrze przygotowane, żebyśmy mieli ku temu jakiekolwiek warunki. Najczęściej mieliśmy połączone wyjazdy zagraniczne, dlatego pomiędzy konkursami, mogliśmy trenować na skoczniach w innych krajach.

Jeśli chciałeś się utrzymać w PŚ, trzeba było zagryzać zęby i szukać przełamania, lepszego skakania w kolejnych startach sezonu.

Czyli wiatr, zamiast pod narty, to bardziej w oczy?

Trochę tak jak z pójściem do pracy, trzeba iść i tyle. Trafiają się lepsze i gorsze dni, sukcesy i porażki. Wtedy nie dało się jednak schować tych zdecydowanie gorszych wyników. Stąd też późniejsze historie, które można odnaleźć np. na filmikach w internecie z moimi skokami.

To chyba dobrze, że nie było jeszcze ery mediów społecznościowych.

Niewykluczone, że gdyby była, to szybciej bym się poddał. Czasem wzięło się do ręki gazetę, obejrzało w telewizji wiadomości sportowe. Była to zupełnie inna skala. Teraz każdy o każdym, w każdej kwestii i trafia to właściwie do odbiorców z całego świata.

W rozmowie dla „Wprost” Adam Małysz przyznał, że trzeba znaleźć jakiś pomysł na skoki, bo zaraz stanie się to, co z kombinacją norweską. A kto wie, czy wkrótce nie zniknie z programu olimpijskiego. Zgadza się pan z tymi słowami?

Jak najbardziej. Frekwencyjnie w innych krajach wygląda to gorzej niż pamiętam. Chwała, że na zawodach w Polsce nie możemy narzekać, nasi kibice nie zawodzą i są pełne trybuny. Coraz trudniej jednak o taką zakochaną w skokach publikę.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy skakałem, zawody w norweskich Lillehammer czy Oslo. Tam nie było gdzie szpilki wbić na trybunach. Teraz okazuje się, że ratunkiem są… nasi rodacy pracujący w Norwegii, którzy podbijają frekwencję. W krajach poza Polską jest cieniutko. Kibice wolą jednak obejrzeć rywalizację z perspektywy transmisji, czy to telewizyjnej, czy internetowej.

Mam wrażenie, że trzeba dokonać jakichś zmian, które mogłyby uatrakcyjnić skoki. To tyczy się również całego sportu, o czym już rozmawialiśmy, nowych rozwiązań, żeby przyciągać ludzi. Marketing jest tu ważny, ale kibica trzeba po prostu zachęcić, podobnie z młodzieżą do trenowania, w różnych miejscach świata.

Czytaj też:
Adam Małysz dla „Wprost”: Skoczkowie nie muszą od razu wygrywać. Dobrze byłoby mieć swojego Daniela Tschofeniga

A pan ma sposób na młodych adeptów z SMS Szczyrk, żeby przekonać ich do skoków, żeby trwali?

Jakieś sposoby mam (śmiech). Jest kilku chłopców z naprawdę dużym zacięciem. Nawet kiedy nie ma obowiązku, to i tak przychodzą na trening, chcą się kształcić, poprawiać z dnia na dzień. Trafiają się też tacy, którzy są nastawieni tylko na skończenie szkoły, ale bez większych chęci kontynuowania przygody ze skokami później. I to też widać.

Bardziej jest pan jednak optymistą czy pesymistą względem przyszłości skoków narciarskich w Polsce?

Zachowam to chyba dla siebie.

Czyli realistą.

Tak, dokładnie.

Musimy obserwować, co się będzie działo w najbliższym czasie i pracować tu, u podstaw, żeby później mieć z kogo wybierać, już na tym najwyższym szczeblu.

twitter

To na koniec, dla kogo Kryształowa Kula w nadchodzącym sezonie?

Trudne pytanie, nie potrafię chyba wskazać jednego faworyta.

Nie jeździłem ostatnimi czasy zbyt wiele po świecie, żeby móc tak miarodajnie przedstawić kogoś, kto jest murowanym kandydatem do wygranej w całym sezonie. Myślę, że tradycyjnie bardzo mocni będą Norwegowie i Austriacy. Znakiem zapytania są Japończycy, choć drużynowo coś u nich ruszyło na plus po nieco gorszym czasie.

Polacy nieźle prezentowali się na początku sezonu letniego, później nieco spuścili z tonu. Ale myślę, że w Pucharze Świata będą regularnie punktować i pozytywnie zaskakiwać kibiców. Polscy fani będą mieć pociechę z naszej reprezentacji.

Czytaj też:
Thomas Thurnbichler dla „Wprost”: Pragnę zbudować w Polsce coś, co przetrwa w niej dłużej ode mnie
Czytaj też:
Kacper Juroszek dla „Wprost”: Nie byłem pogodzony z decyzją Thurnbichlera. To naturalne