Piotr Graban dla „Wprost”: Dążę do tego, by otrzymać podobną szansę, co Nikola Grbić

Piotr Graban dla „Wprost”: Dążę do tego, by otrzymać podobną szansę, co Nikola Grbić

Piotr Graban, trener Projektu Warszawa
Piotr Graban, trener Projektu Warszawa Źródło: Newspix.pl / Adam Starszyński / PressFocus
Zanim postawił na siatkówkę, próbował sił w wędkarstwie i szermierce. Do roli pierwszego trenera Projektu Warszawa zaprowadziła go siatkówka kobiet oraz praca w Anglii czy Gruzji. Piotr Graban, szkoleniowiec rewelacji obecnego sezonu PlusLigi, przedstawia „Wprost” powody świetnej formy zespołu ze stolicy, a także zdradza historie z dotychczasowej kariery.

Dlaczego nie dostał wcześniej szansy? Jak wygląda siatkówka w Gruzji? Który siatkarz Projektu ma największy potencjał na zostanie trenerem? Ile jest w nim z włoskiego szkoleniowca? Trener, który przebojem wdziera się do polskiej czołówki, ma wiele do opowiedzenia.

Michał Winiarczyk („Wprost”): Wierzy pan w przypadki?

Piotr Graban, trener Projektu Warszawa: Myślę, że człowiek ciężką pracą udowadnia, że to, co robi, jest nieprzypadkowe. Przypadek może zdarzyć się raz. Jeśli ktoś na coś sumiennie pracuje, to upragniony cel przyjdzie. Długofalowa praca zawsze przynosi efekty.

Czyli to, że jest pan obecnie pierwszym trenerem Projektu Warszawa, nie jest przypadkiem?

Czekałem bardzo długo na szansę. Nie spodziewałem się, że to się stanie w takich okolicznościach. Liczyłem, że prędzej czy później zostanę pierwszym trenerem. Stało się prędzej. To akurat może być przypadkiem, ale uważam, że w normalnych warunkach, to by się przełożyło w czasie. Może zostałbym głównym szkoleniowcem za rok lub dwa lata?

Gdy przed obecnym sezonem przedłużałem kontrakt z klubem, to miałem również oferty z zaplecza PlusLigi czy lig zagranicznych. Mogłem już zostać pierwszym trenerem, ale uznałem, że oferta z Warszawy jest ciekawsza. Inne propozycje nie były na tyle satysfakcjonujące, by odejść z Projektu. Sprawy tak się potoczyły, że w trakcie sezonu zostałem pierwszym trenerem tutaj. Jestem z tego bardzo zadowolony.

Siatkówka kobiet to zamknięty temat?

Raczej tak. Pracowałem przy siatkówce kobiet. Było fajnie, ale myślę, że już przyzwyczaiłem się na dobre do pracy z siatkarzami. Jest dynamiczniejsza, dzieje się w niej więcej, bardziej mnie satysfakcjonuje. Są też inne czynniki, które decydują o tym, że lepiej czuję się w siatkówce męskiej. Musiałaby to chyba być kadra Polski, żebym zdecydował się wrócić do pracy z kobietami, choć tam najpierw trzeba się pokazać w żeńskim klubie, więc raczej trzeba wykluczyć taką opcję.

Ile razy słyszał pan, że jest pan za młody, aby być pierwszym trenerem?

Przynajmniej kilka razy. Pracowałem w Atomie Treflu Sopot jako drugi trener. Kiedy ten projekt dobiegał końca, zacząłem rozglądać się za pracą w roli pierwszego szkoleniowca. Usłyszałem: „Wszystko fajnie, ufamy ci, ale jesteś za młody”. Mówiono, że nie wypada, by zawodniczki lub asystent byli starsi ode mnie. Nikt nie wierzył w to, że dam radę.

Na przekór wszystkiemu pojawiła się oferta z Anglii. Tam nikt się raczej nie przejmuje tym, ile kto ma lat i jak wygląda. Można powiedzieć, że otrzymałem wielką szansę. Nikogo nie obchodziło to, że kilku zawodników było starszych ode mnie.

Czytaj też:
Projekt Warszawa postrachem PlusLigi? „Każdego rywala da się pokonać"

Czyli można powiedzieć, że w Polsce panuje przekonanie, że starszy trener to lepszy trener?

Chyba jeszcze tak, ale to się powoli zmienia. Do ludzi dociera, że tzw. stara gwardia bazuje na utartych przez lata schematach, ćwiczeniach i nie ma w nich chęci do ulepszania się. Młodzi lubią nowinki trenerskie. Są dużymi pasjonatami, którzy co rusz szukają nowych rozwiązań, by poprawić się w swoim fachu. Coraz więcej młodych trenerów dobija się do czołówki. Nie dziwię się jednak czasem tym obawom, bo trudno zaryzykować i postawić na młodego trenera, skoro starszy ma już dużo doświadczenia. Nie wiem, czy gdyby zmiana trenera w Projekcie była wcześniej zaplanowana, to czy otrzymałbym tę szansę.

Potrafi pan wskazać moment, który pozwolił panu pomyśleć o dużej karierze trenerskiej?

Postawię na ten okres po Sopocie. Wcześniej pracowałem z juniorkami. W sumie miałem sześć, siedem lat pracy z dobrymi wynikami. Uznałem, że to odpowiedni czas na wyjście z gniazda. Nie chciałem porównywać się do innych i mówić, że jestem lepszy. Czułem po prostu, że chce spróbować. Na początku myślałem o siatkówce kobiet, bo w męskiej nie miałem takiego doświadczenia. Wyszło tak, że pojawiła się oferta z Polonii Londyn, która wzięła mnie z otwartymi ramionami. Chciałem podjąć wyzwanie, więc szybko się dogadaliśmy. Wyjazd do Anglii utrwalił mnie w przekonaniu, że wykonuję dobrą robotę, choć pracując tam nie miałem przekonania, że jestem gotowy na PlusLigę.

Po pracy w Anglii chciałem się doszkolić, jeśli chodzi o męską siatkówkę. Odezwałem się do Andrei Anastasiego, bo uważałem, że jest jednym z najlepszych trenerów na świecie. Chciałem się rozwijać podpatrując, jak on pracuje. Przypadek? Ja tak nie uważam. Andrea chciał mnie w sztabie Trefla, a później w Warszawie.

Wierzył pan w jakiś mit trenerski, który obalił, gdy został pan pierwszym trenerem?

Nie wydaje mi się. Wiadomo, że praca pierwszego trenera wygląda inaczej niż drugiego. Musisz spędzić więcej czasu na organizacji, rozmowach, delegowaniu. Sądzę, że chyba praca głównego szkoleniowca wyglądała tak, jak ją postrzegałem, zanim objąłem podobną rolę.

Na ile pierwszy trener rzeczywiście jest trenerem, a w jakim stopniu jest menedżerem?

Myślę, że współczesny główny trener to przede wszystkim menedżer. Musi być dobrym zarządcą, który umie z poszczególnych elementów złożyć puzzle. W takim klubie jak Projekt mam sztab i zawodników z najwyższej półki. Moją rolą jest ich słuchać, troszeczkę sterować pracą i zbierać potrzebne informacje. Muszę umieć odpowiednio delegować ludzi. To samo jest z treningiem. Mówię zawodnikom, co mają robić i oni niemal wszystko sami wykonują, a ja tylko dobieram odpowiednie proporcje, monitoruje ich zmęczenie, ustalam odpowiednią taktykę i cuda dzieją się same.

W Projekcie ma pan mistrza olimpijskiego oraz mistrzów świata. Nie miał pan obaw o swój autorytet w ich oczach? Mówi się, że drugi trener jest raczej kumplem, a z pierwszym relacje muszą być sztywniejsze.

Tak się mówi, ale w Projekcie tak się nie stało. Nie miałem obaw, że źle wypadnę w oczach mistrza olimpijskiego czy mistrza świata. Szanuje ich osiągnięcia, ale na treningu liczy się praca, nie medale. Ja mam rolę trenera, ty masz rolę zawodnika. Obaj musimy wykonywać swoje obowiązki na sto procent, aby odnieść sukces.

Jeśli chodzi o zawodników, to muszę powiedzieć, że od początku w miarę mi ufali. Będąc drugim trenerem dawałem dużo wskazówek taktyczno-technicznych. Z biegiem czasu sami zauważyli, że to się sprawdza i przekłada na ich lepszą grę. W ten sposób zdobyłem sobie autorytet. Wiadomo, gdy zostałem pierwszym trenerem, nie mieli pewności jak będzie wyglądać moje podejście. Nie wiedzieli jak będę prowadził zajęcia, czy będę zamordystą prowadzących wielogodzinne jednostki treningowe. Szybko przekonali się, że tak nie jest. Więź, która obecnie nas łączy jest jeszcze lepsza niż wtedy, gdy byłem asystentem. Ufają mi, chcą iść za mną w ogień. Z każdym treningiem, odprawą, meczem relacje się poprawiają. Wyniki zdają się mówić, że chyba robię dobrą robotę.

Czym ich pan „kupił”?

Kupiłem? Może lepiej zabrzmi przekonałem (śmiech).

Pokazałem im, że jestem sobą. Tym samym człowiekiem, którym byłem wcześniej. Mam pasję do siatkówki, którą zarażam wszystkich. Zawodnicy to widzą. Pierwszy przychodzę na salę i ostatni z niej wychodzę. Jestem przygotowany w stu procentach na każde zajęcia i odprawę. Znam o przeciwniku każdy detal. Wymaga to czasu, ale chłopaki doceniają zaangażowanie.

Kolejna sprawa to uczciwość i otwartość. Staram się być dobrym człowiekiem, który dokładnie i szczerze komunikuje to, czego chce. Tłumaczę zawodnikom, do czego dążymy jako drużyna albo czego od nich konkretnie oczekuję. Jeśli między zawodnikiem a trenerem jest prosta, otwarta relacja, bez niedopowiedzeń, owijania w bawełnę, oni to szanują i czują się lepiej w zespole. Wiedzą, że mogą śmiało powiedzieć, co ich boli, co chcieliby zmienić. Na szczęście mało rzeczy im się nie podoba (śmiech). Wiem jednak, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to nie będą mieli oporów, by o tym opowiedzieć. Relacja, która utworzyła się między nami, scementowała drużynę i sprawiła, że obecne wyniki są takie dobre.

Dobry trener nowej szkoły to także otwarty rozmówca?

To jedna z podstawowych pożądanych cech we współczesnym świecie. Jako trener musisz przekonać zawodników do swojej idei. To, że organizuję dobre ćwiczenia, stanowi połowę sukcesu. Jak dodam do nich poprawną argumentację, np. że wykonujemy je dlatego, że nasz przeciwnik atakuje często w konkretnym kierunku i dobre przygotowanie pomoże w meczu, to zaangażowanie zawodników jest dużo większe. Moją robotą jest zmotywowane zawodników i sztabu do ciężkiej pracy – to zadanie numer 1. Numer dwa to dobra organizacja treningu.

Odpowiednim dotarciem do zawodników i motywacją można dużo zyskać. Jak ktoś jest dobrym trenerem, to od razu dostrzega po mowie ciała siatkarzy, że któryś jest zdemotywowany, niezadowolony albo ma swoje problemy, które mocno w nim siedzą. To do trenera należy zadanie jak najszybszego wyjaśnienia sytuacji. Tu trzeba działać od razu. Rzeczy niewyjaśnione narastają. Zaczyna się od jednej osoby, przechodzi na kolejne, a w konsekwencji „kwasy” dotykają całą drużynę. Widziałem to osobiście we wcześniejszych sezonach w różnych klubach. Teraz staram się rozwiązywać wszystkie problemy od razu. Jeśli się nie udaje, to umawiamy się na koniec współpracy po sezonie, bo widocznie nasze drogi nie idą w tym samym kierunku.

W ubiegłym sezonie Projekt zakończył rywalizację poza play-offami. Klub trapiły także problemy pozasportowe. Tymczasem teraz oglądamy inną drużynę.

Wydaje mi się, że w przypadku poprzedniego sezonu doszło do pewnego rodzaju wypalenia. Pewna grupa ludzi była ze sobą zbyt długo i nie miało to dobrego wpływu na atmosferę wewnątrz zespołu. Do tego doszła wojna w Ukrainie, przez co pojawiły się opóźnienia w wypłatach, a przez pewien czas w naszej hali sportowej znaleźli schronienie uchodźcy. Dodając kontuzje wyszedł nam mix różnych problemów. Mało było ludzi, którzy bez problemów by to udźwignęli. Dlatego też widzieliśmy takie wyniki.

Latem doszło do roszad w zespole. Zbudowaliśmy nową ekipę, ekipę ludzi, chcących grać dla Projektu i tworzyć prawdziwą drużynę. Mamy sztab złożony w większości z ludzi z Warszawy. Ich serce bije dla tego klubu. Od końca ubiegłego sezonu wyprostowaliśmy wszystkie sprawy organizacyjne i sportowe. Działamy perfekcyjnie pod względem finansowym. Można powiedzieć, że piszemy nową kartę.

Czytaj też:
Fenomenalna seria Projektu Warszawa. Artur Szalpuk szczerze o Piotrze Grabanie

Dobry z pana psycholog?

Myślę, że tak. Umiem „czytać” i motywować ludzi. Spora w tym zasługa poprzednich doświadczeń. Andrea Anastasi to bardzo dobry psycholog, który wie, co i kiedy powiedzieć. Przejąłem od niego wiele nawyków.

W pana karierze pojawiło się wielu Włochów – Anastasi, Santilli, Micelli.

Sporo zaczerpnąłem z włoskiej szkoły trenerskiej. Pierwsze co zaobserwowałem, to fakt, że lubią dzielić się wiedzą. Dużo rozmawiałem z Włochami z różnych stanowisk. Spotykaliśmy się nawet ze sztabami drużyn przyjezdnych, co w Polsce wydaje się abstrakcją. No bo kto by pomyślał, że sztab jednego zespołu jedzie np. na mecz Ligi Mistrzyń do wielkiego Vakifbanku, a po nim razem ze sztabem Turczynek siedzi przy kolacyjce, winku i dyskutuje o najlepszych ćwiczeniach.

Poprzez Akademię Trenerów, którą utworzyłem, staram się zmienić podejście polskich trenerów i skłonić ich do tego, by zaczęli dzielić się wiedzą. Starsza generacja unika jednak aktywności. Wychodzą chyba z założenia, że jeśli zdradzą tajniki, to zaraz stracą pracę. Nie powinno to tak wyglądać. Siatkówka to dynamiczny i zmienny sport. To nie jest tak, że zrobisz kopiuj-wklej i będziesz miał takie same wyniki jak przeciwnik.

Gdybym skopiował w stu procentach metody Anastasiego z Perugii, to nie ma szans, bym powtórzył jego rezultaty. W każdej drużynie masz zawodników o innych predyspozycjach. To tak samo jakbyś chciał przenieść rosyjską myśl szkoleniową do Japonii. Młodzi trenerzy są otwarci na wiedzę i chcą się nią dzielić. Przynosi to efekty, bo widać, że coraz mocniej się pchają do topowej siatkówki.

Trzy lata temu w wywiadzie dla portalu rzeszotek.pl powiedział pan: „Wypracowałem sobie taki nawyk, że nie odczuwam już presji”. Może pan zdradzić stojący za tym sekret?

Mój tata zawsze przygotowywał mnie do najwyższych celów. Może to czasami było kiepskie dla dzieciństwa, że rodzice tak mocno pchają i wymagają, ale dziś zbieram pozytywne efekty tamtego wychowania. Uważam, że jeśli robię coś na 100 procent np. przygotowuję drużynę i siebie pod mecz z dbałością o najmniejsze detale, to później w trakcie spotkania nie odczuwam już presji. Wiem, że zrobiłem wcześniej dobrą robotę i zajmuje się już tylko tym, co mogę zmienić w danym momencie. Odstawiam zmartwienia na bok i skupiam się tylko na tym, co tu i teraz.

Czyli rozumiem, że podchodzi pan do meczów z mentalnością, że już nic lepiej nie mógł pan zrobić?

Czasami tak. Nie powiem, że drużyna zawsze jest przygotowana w stu procentach na każdy mecz. Do tej pory, na 13 meczów rozegranych pod moją wodzą, dwa razy nie byliśmy w 100 procentach przygotowani. To było 90-95 procent naszych możliwości. Czasem choćbyś chciał, to nie przygotujesz się na 100 procent, bo np. nie masz pełnego cyklu treningowego. Jeśli zrobimy wszystko, co się da, to mam czyste sumienie i przez to nie odczuwam presji. Nie kalkuluję w głowie potencjalnych pozycji w tabeli czy serii zwycięstw z rzędu. Wyłączam się z takich dyskusji, skupiając się na codziennej pracy. To też nie jest tak, że ja nigdy nie odczuwam presji. Czasem jej odrobina jest nawet wskazana, bo motywuje do pracy.

Nawiązywał pan do dzieciństwa. Doświadczenia z wędkarstwa przydają się w siatkówce?

Nawet bardzo, choć są to z pozoru śmieszne rzeczy. Wędkarstwo to zbieg tysiąca elementów, które musisz ułożyć, zanim złowisz rybę. Musisz wiedzieć, gdzie ta ryba pływa. Bliżej dna czy żeruje wyżej? Czy ustalić taktykę pod złowienie wielu ryb czy zaplanować wszystko pod jedną dużą, choć to jest ryzykowne? Ten sport nauczył również stawiania się z perspektywy drugiej strony. Może to wyolbrzymiam, ale przełóżmy to na warunki siatkarskie. Staram się patrzeć na drużynę z mojej naturalnej perspektywy, trenera, ale również i z perspektywy zawodnika. Czy to, co robię jest w porządku? Czy ta taktyka nie jest skomplikowana? Często ich pytam o to, bo dla mnie taktyka po kilkunastu godzinach wcześniejszego oglądania wydaje się prosta. Jeśli mam ją przekazać w dwóch 30-minutowych odprawach, to być może jest skomplikowana.

Jak wygląda siatkówka w Gruzji?

Niestety jest w powijakach. Wydawało mi się, że dostaję super projekt. Federacja Gruzji chciała trenera z Polski, który zbuduje zespół na młodzieżowe mistrzostwa Europy. Powiedzieli, że to projekt długofalowy z zapleczem trenerskim i finansowym. Rzeczywistość okazała się inna. Trenerów nie było tak wielu, jak obiecywano. Zarząd również nie był tak przychylny i zorganizowany, na jakiego się kreował. Przeżyłem sporo niefajnych rzeczy. Jedyna fajna to fakt, że udało się wyselekcjonować ciekawą grupę chłopaków i zbudować z nimi niesamowitą atmosferę, prawie taką samą jak w Projekcie. Te dzieciaki mnie pokochały, do dziś mamy ze sobą kontakt. Widziałem, jaki postęp poczyniły. Zostałem tam do końca tylko ze względu na nich. Tak naprawdę powinienem wrócić wcześniej do Polski, bo działy się tam dziwne sytuacje.

Zastanawiam się, czy świetny obraz polskiej siatkówki nie zamydla nam punktu widzenia na ogólną popularność i poziom tej dyscypliny na świecie.

Na pewno tak jest. Każdy wie jak u nas wygląda profesjonalna siatkówka. Mamy pięciu trenerów w sztabie i inne udogodnienia. W Gruzji prezes myślał, że weźmie jednego dobrego szkoleniowca, bo on będzie pracował za pięciu i zrobi taką samą robotę.

Myślę, że niektórym ludziom w polskiej siatkówce przydałoby się wyjechać z kraju. Jeśli czują się tu bezpiecznie i spoczęli na laurach, to polecałbym wyjechać do mniej znanego siatkarsko państwa i zmierzyć się z tamtejszymi wyzwaniami.

Joanna Wołosz mówiła mi, że polskie siatkarki czują się zbyt komfortowo w Polsce i nie mają motywacji, by wyjechać za granicę. Może pan tak powiedzieć o trenerach?

Na dziś mamy niewielu polskich trenerów w PlusLidze. Myślę, że wyjazd za granicę jest bardzo fajnym doświadczeniem. Wiem po sobie, ile dały mi zagraniczne przygody. Choćby w Anglii, gdzie mój asystent był zawodowym kucharzem, a asystentem bywał po godzinach. Zawodnicy z kolei dorabiali gdzieś, przez co na treningach towarzyszyły im problemy. To była wielka szkoła dla trenera, bo wtedy należy wykazać się wielkimi umiejętnościami motywacyjnymi.

Dostałem dużą naukę grając w niższej lidze i Challenge Cup. Dodatkowo lepiej pojąłem tamtejszą kulturę i język, bo wówczas z angielskim byłem średnio na jeża. Każdemu polecam podobny wyjazd, bo dzięki niemu można spojrzeć na siatkówkę z innej perspektywy.

To musiało być mocne zderzenie, gdy z jednego z najlepiej poukładanych żeńskich klubów z gwiazdami w składzie trafił pan do ekipy, gdzie niektórzy trenowali po „normalnej” pracy.

Człowiek ma różne cele. Zawsze staram się być lepszym we wszystkim. Moja droga tak się potoczyła, ale zupełnie niczego nie żałuję. W kontekście Anglii zawsze mówię trzy rzeczy: fajnie, że tam pojechałem, fajnie, że tam byłem, fajnie, że wróciłem. Niezależnie od doświadczeń zawsze mówię sobie, by wyciągać z nich najwięcej, jak to tylko możliwe i iść dalej w kierunku, w którym chcę.

Skąd u pana marzenie do pracy w kadrze? Wiem, że mocno to siedzi w głowie.

To chyba pasja, która wychodzi ze środka. Nie wiem nawet jak to się zaczęło. Stawiałem pierwsze kroki w minisiatkówce. Potem rodzice pchnęli mnie w inne sporty, np. w szermierkę, lekkoatletykę, piłkę nożną, koszykówkę. Później za namową taty znalazłem się przy wędkarstwie. Zacząłem robić wyniki, jeździć po mistrzostwach świata. Wygrała jednak powracająca pasja do siatkówki. Nie byłem na tyle dobry, żeby grać na dobrym poziomie, więc postawiłem na trenerkę.

Marzenie o kadrze bierze się z tego, że zarówno Polska, jak i siatkówka jest w moim sercu. Praca w drużynie narodowej to chyba najpiękniejszy sposób, by reprezentować ukochaną dyscyplinę i wzbić ją na wyższy poziom. To marzenie, do którego dążę małymi kroczkami. Nie pcham się tam na siłę. Na razie mam cele w klubie. Na pewno pojadę na kadrę popatrzeć i ewentualnie pomóc, jeśli będzie taka szansa. Rozmawiam też z klubem nt. potencjalnego wyjazdu na staż do Ferdinando De Giorgiego. Chciałbym również z nim chwilę poprzebywać. Cały czas dążę do tego, by otrzymać podobną szansę, jaką ma dziś Nikola Grbić.

Czytaj też:
Luke Perry dla „Wprost”: Czułem, że w Polsce mam coś do załatwienia. Tkwiła we mnie chęć powrotu

Giovanni Guidetti powiedział mi, że praca w klubie jest jak pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu, a praca w kadrze jak camping.

Wiadomo, że w klubie, gdy pracujesz 10 miesięcy, możesz sobie wszystko poukładać i powoli pracować. To ty organizujesz sztab, zawodników jakich chcesz. Kadra narodowa to jest coś szybkiego, właśnie jak camping. Dwa, trzy miesiące pracy polegającej na selekcji ludzi z dostępnego grona, szybkim treningu i natychmiastowej weryfikacji. Zawsze przy okazji reprezentacji wracam do Andrei. To typ idealnego selekcjonera. Prowadzi kluby niemal tak jak kadry. Nie trenował indywidualnie siatkarzy, tylko dopasowywał ich pod dany mecz.

Ma pan satysfakcję z tego, jak toczą się obecnie wasze kariery? Pan zbiera zwycięstwa w Polsce, Anastasi we Włoszech.

Sprawia mi to wielką radość. Nadal utrzymuję z Andreą kontakt. Ostatnio mu mówiłem: „O Andrea, w tym roku to idziesz po wszystko”. On zawsze odpowiada, że ciężko jest wszystko wygrać. Cały czas życzy Projektowi sukcesów. Serce mu rośnie, że sztabowi i całej Warszawie idzie tak dobrze.

Widzi pan w którymś z siatkarzy Projektu dobry materiał na trenera?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Myślę, że takim mózgiem analitycznym mógłby być Janek Firlej. Fajnie podchodzi do swojej gry. Dobrze ją analizuje. W przyszłości nie zdziwiłoby mnie to, gdyby został trenerem, ale na razie ma jeszcze trochę kariery siatkarskiej. Co do reszty, jak mam być szczery, to nie widzę ich w tym zawodzie (śmiech). Może w roli dyrektora sportowego albo kierownika drużyny, ale to maksymalnie dwie, trzy osoby.

Dużo pan zawdzięcza siatkówce?

Dzięki niej nauczyłem wierzyć w to, co robię. Zwiększyła się również moja cierpliwość. Wcześniej czy później przyjdzie to, na co zapracowałem. Od dawna byłem gotowy na pracę jako pierwszy szkoleniowiec, ale nikt nie chciał mi zaufać, bo wiek, bo nie mam medali w PlusLidze i tak dalej. Wiem, że to może źle zabrzmieć, ale byłem rozgoryczony, że nie dostaję szansy. Wiedziałem, że się do tego nadaję. W końcu, gdy ją otrzymałem, to staram się wykorzystywać ją najlepiej, jak potrafię. Tak się dzieje w moim życiu od zawsze. Gdybym mógł porozmawiać z młodszym sobą, to powiedziałbym mu: „robisz dobrą robotę chłopaku. Nigdy się nie poddawaj”.

Czytaj też:
Nowa praca byłego trenera Polek. Powrót w znajome miejsce
Czytaj też:
Legenda PGE Skry Bełchatów wróci do klubu? Zaskakujące doniesienia lokalnych dziennikarzy

Źródło: WPROST.pl