Rafał Kot o formie polskich skoczków: Jeżeli w Wiśle też będzie źle, to zapali się „czerwona lampka”

Rafał Kot o formie polskich skoczków: Jeżeli w Wiśle też będzie źle, to zapali się „czerwona lampka”

Rafał Kot
Rafał Kot Źródło: Newspix.pl / Rafał Rusek/ PressFocus
Inauguracja sezonu Pucharu Świata w wykonaniu polskich skoczków wypadła bardzo słabo. Biało-Czerwoni w czterech konkursach ani razu nie zdołali stanąć na podium, a szansa na przełamanie nadejdzie już w najbliższy weekend. – Jeżeli w Wiśle też będzie źle, to zacznie powoli zapalać się czerwona lampka. Wtedy zaczniemy się niepokoić – przyznał w rozmowie z „Wprost” Rafał Kot, były fizjoterapeuta kadry skoczków i ekspert.

Już pierwszy konkurs Pucharu Świata w wykonaniu Polaków mógł niepokoić. Kamil Stoch prawdzie był piąty, a Dawid Kubacki 13., ale byli to jedyni nasi reprezentanci w finałowej serii. Kolejne zawody również nie napawały optymizmem, a do tej pory nie mieliśmy jeszcze konkursu, podczas którego w „trzydziestce” plasowaliby się co najmniej trzej Biało-Czerwoni.

Szansa na przełamanie nadejdzie w najbliższy weekend, gdzie skoczkowie najpierw powalczą w Wiśle w konkursie drużynowym, a następnego dnia w indywidualnym. Czy możemy w końcu spodziewać się dobrych występów podopiecznych Michala Doleżala? Dlaczego nasi reprezentanci nie trafili z formą na początek sezonu? Na te i inne pytania odpowiedział w rozmowie z „Wprost” Rafał Kot, były fizjoterapeuta kadry i ekspert.

Katarzyna Gurmińska, „Wprost”: Po czterech konkursach uzbieraliśmy 133 punkty przy 555 Słoweńców czy 711 Niemców. To powód do niepokoju czy to jeszcze za wcześnie?

Rafał Kot: Myślę, że jeszcze jest troszeczkę za wcześnie. To było dopiero cztery konkursy, a my nigdy się tak nie rozpędzaliśmy, że od razu wszyscy wspaniale skakali. Zachowałbym dozę zdrowego rozsądku i poczekał na zawody w Wiśle. Natomiast jeżeli w Wiśle, na skoczni tak „obskakanej” przez naszych zawodników będzie też źle, to zacznie się powoli zapalać czerwona lampka. Wtedy też będzie naturalne, że zaczniemy się niepokoić.

Jeśli w Wiśle się nie uda, to zaczną pojawiać się głosy, że Michal Doleżal powinien pożegnać się z kadrą?

Weźmy pod uwagę, co my mamy w tym sezonie. Mamy mistrzostwa świata w lotach, Turniej Czterech Skoczni, cały cykl Pucharu Świata i przede wszystkim igrzyska, które są co cztery lata. W tej chwili przymiarki do jakichś rewolucji w sztabie szkoleniowym byłyby nie na miejscu. Nawet jeżeli znalazłoby się jakiegoś trenera, to on musi przecież najpierw wdrożyć się w cykle szkoleniowe, poznać zawodników. Nie przyniosłoby to nic dobrego, a najgorszym doradcą w skokach są nerwy. Ja obecnie nie mam absolutnie żadnych uwag do sztabu szkoleniowego. Owszem, będzie rozliczony, ale już po sezonie.

Słabe występy Polaków to kwestia nietrafienia z formą czy błędów technicznych i braków w przygotowaniu?

Pojawiają się głosy, że do samego końca przygotowań byliśmy w bardzo ciężkim treningu siłowym. To może powodować na początku "zmulenie" zawodników i ociężałość. Zresztą to też zauważył Andreas Goldberger, który powiedział, że jego zdaniem Polacy są właśnie ociężali. Jednak nasz sztab szkoleniowy broni się tym, co powiedziałem wcześniej. Przed nami bardzo długi, ciężki sezon, przez co zawodnicy chcieli jak najwięcej „natrenować”. Bo wiadomo, ile się natrenuje przed startem Pucharu Świata, tyle wystarczy na zimę.

Co do błędów technicznych, to one się pojawiają. Teraz sztab szkoleniowy musi wykazać się dużą wiedzą i profesjonalizmem. Kiedyś mówiono, że skoczkowie po pracy ze Stefanem Horngacherem byli tak nakręceni wynikami i dobrymi skokami, że nie trzeba było wiele robić, by to wszystko funkcjonowało. A teraz po dwóch pełnych sezonach zimowych pod wodzą nowego sztabu musi on wykazać się własną inwencją, żeby wszystkie błędy poprawić. Sam jestem ciekawy, jak sobie poradzą.

Czy przez te dwa weekendy ze skokami widział pan światełko w tunelu świadczące o tym, że któryś z zawodników może wkrótce wystrzelić z formą?

Źródło: WPROST.pl