Jakob Poeltl dla „Wprost”: Nie da się nie zauważyć i nie usłyszeć Jeremiego Sochana. Jego jest wszędzie pełno

Jakob Poeltl dla „Wprost”: Nie da się nie zauważyć i nie usłyszeć Jeremiego Sochana. Jego jest wszędzie pełno

Jakob Poeltl
Jakob Poeltl Źródło: Newspix.pl / SIPAUSA
Pochodzi z kraju, w którym koszykówka nie stoi na wysokim poziomie. Mimo to przedostał się do NBA przez NCAA, a teraz podpisał nowy kontrakt, będąc ważnym punktem Toronto Raptors. Jakob Poeltl, europejska gwiazda kanadyjskiego klubu w ekskluzywnej rozmowie dla „Wprost” opowiada o budowie austriackiego basketu, nowej rzeczywistości w klubie czy latach spędzonych w San Antonio Spurs z Greggiem Popovichem i Jeremim Sochanem.

Lato to czas rozgrywek reprezentacyjnych. W NBA w tym czasie dochodzi do draftu oraz negocjacji z zawodnikami. Już za nieco ponad miesiąc najlepsi koszykarze świata zainaugurują zmagania na parkietach USA i Kanady. Zawodnicy z państw, w których basket nie stoi na najwyższym poziomie, przeważnie spędzają lato na indywidualnym treningu.

Rozmowa z Jakobem Poeltlem, gwiazdą Toronto Raptors

Jakob Poeltl przeszedł długą drogę, by z Austrii – kraju, który nigdy nie wystąpił na mistrzostwach świata, a na kolejny występ na EuroBaskecie czeka już 46 lat – przedostać się do najlepszej ligi świata. Dzięki dobrej grze na młodzieżowych mistrzostwach Europy znalazł uznanie trenera Uniwersytetu Utah. W NCAA spędził dwa lata, po czym w 2016 roku z dziewiątym numerem w drafcie NBA został wybrany przez Toronto Raptors.

W kanadyjskim klubie spędził dwa lata, po czym wraz z między innymi DeMarem DeRozanem wymieniono go do San Antonio Spurs. W drugą stronę powędrował Kawhi Leonard, co – jak pokazał czas i mistrzostwo z 2019 roku – było świetną decyzją. Austriak przez lata przeszedł drogę od młodego, nieokrzesanego zawodnika do solidnego centra, który wchodzi w najlepsze lata kariery. Te spędzi jednak nie w Teksasie, lecz w Kanadzie, gdyż kilka miesięcy temu znów został wymieniony, trafiając ponownie do Toronto.

Pochodzący z Wiednia Poeltl w Spurs opowiada w ekskluzywnej rozmowie dla „Wprost” o oczekiwaniach względem nowego sezonu w Raptors czy sięga pamięcią do lat w San Antonio. Jak zapamiętał Jeremiego Sochana? Na co zwracał uwagę Gregg Popovich? Czy austriacki basket ma szansę na poprawę pozycji? Mierzący 216 centymetrów wzrostu środkowy podzielił się wieloma historiami i spostrzeżeniami.

Michał Winiarczyk, „Wprost”: Czy umiesz przyzwyczaić się do faktu, że mija kolejne lato bez możliwości gry z kadrą na najwyższym poziomie? Wielu twoich kolegów rywalizuje na mistrzostwach świata.

Jakob Poeltl: Nie wydaje mi się, to nadal jest problematyczne. Martwi mnie trochę sytuacja koszykówki w Austrii. Wciąż się rozwijamy. Mamy dobrą generację zawodników, ale ona się mocno starzeje. Czas na wejście młodszych graczy, którzy by wpłynęli na pozycję austriackiej reprezentacji.

W ostatnich latach nie miałem zbyt wielu okazji, aby brać udział w zgrupowaniach kadry. Zagrałem parę spotkań w ubiegłym roku, ale od czasu zmiany kalendarza i wprowadzenia okien reprezentacyjnych w trakcie sezonu klubowego nie mam zbyt wielu możliwości do gry. Nic nie poradzę na obecną sytuację.

Twoja obecność w NBA wpłynęła na popularność koszykówki w Austrii?

Myślę, że nastąpiła pewna poprawa pod tym względem. Trudno określić jak wielka. Nie jestem gwiazdą, jeśli chodzi o popularność. Nie zabiegam o nią. Jestem prywatnym, spokojnym gościem. Zdaję sobie jednak sprawę, że wywieram swoją grą mały wpływ na dzieci. Koszykówka globalnie się rozrasta, więc też trudno określić, czy to, że więcej Austriaków śledzi basket jest bardziej zasługą całej NBA czy moją obecnością. Z pewnością wszyscy wywieramy pozytywny wpływ. Sam staram się angażować w austriacki basket. Organizowałem campy dla dzieci co roku. To są małe kroki ku poprawie pozycji tego sportu w kraju. Droga jest jeszcze bardzo długa.

Tego lata podpisałeś nowy, czteroletni kontrakt z Toronto Raptors. Czy umowa daje ci spokojną głowę przed początkiem sezonu NBA?

W pewnym sensie tak. Lubię koszykówkę, ale nie przepadam za biznesową częścią NBA. Fajnie mieć kontraktowe sprawy za sobą, bo wiem, że teraz przez cztery lata mogę być w pełni skoncentrowany na grze. Wiadomo, gram w takiej lidze, gdzie wymiany są na porządku dziennym. Na to nie mam już wpływu, więc się tym nie przejmuję. Nie pozostaje mi nic innego jak przygotowywać się do sezonu i grać w nim jak najlepiej.

Łatwo było ci zdecydować się na pozostanie w Toronto? Wróciłeś do Raptors w lutym po blisko pięciu latach gry w San Antonio Spurs.

Nie wahałem się nad pozostaniem. Nie będę ukrywał, że sprawdzałem, na czym stoję w NBA, jakie mam opcje, kto mnie chce i co może mi zaoferować. Zawsze miałem jednak w głowie przeświadczenie, że Toronto będzie dla mnie świetnym wyborem. Jedynie pozostawała kwestia wypracowania odpowiednich warunków i porozumienia z klubem. To wszystko przebiegło bardzo płynnie i myślę, że dogadaliśmy się na sprawiedliwe warunki dla obu stron. Cieszę się, że to wszystko potoczyło się tak szybko i bezproblemowo.

Toronto rozpocznie sezon z nowym trenerem. Darko Rajaković to drugi w historii NBA europejski head coach. Jakie wywarł na tobie wrażenie?

Kilkukrotnie miałem okazję z nim porozmawiać. Po tym co słyszałem od niego i od innych osób wydaje mi się, że jego pomysł na zespół jest bardzo dobry. Kluczową kwestią będzie przełożenie wizji gry na rzeczywistość. Nie będzie to łatwe, gdyż zmienia się cały sztab szkoleniowy, nie tylko head coach. Dodatkowo doszło do wielu zmian zawodników. Przyszli nowi gracze nieznający zespołu. Wszyscy potrzebujemy czasu, aby nadawać na tych samych falach.

Rajaković jest młodym szkoleniowcem. On też będzie chciał wszystkim udowodnić, że jest odpowiednią osobą na tym stanowisku. Chcemy grać jak najlepiej już od pierwszego meczu, ale miejmy na uwadze fakt, że w NBA jest wiele innych utalentowanych zespołów. Musimy grać najlepszą koszykówkę, aby móc z nimi konkurować.

Czujesz, że przeszedłeś już transformację z rozwijającego się chłopaka do – pewnego rodzaju – młodego weterana, który oprócz gry na boisku, pełni również rolę mentora dla kolegów poza nim?

Nie odczuwam tego jeszcze, ale rzeczywiście takie coś ma już miejsce (śmiech). Lata w San Antonio dały do zrozumienia, że staję się już doświadczonym koszykarzem NBA. Oczywiście, nadal jest wielu graczy ze znacznie większym dorobkiem, ale pod koniec pobytu w Spurs czy po wymianie do Raptors większość zawodników była młodsza ode mnie. Nie powiem, to było dziwne uczucie, bo trochę się poczułem staro, ale nie pozostaje nic innego, jak się do tego przyzwyczaić. Chcę wykorzystać lata doświadczeń, by grać lepiej i dawać wskazówki tym, którzy będą chcieli się uczyć.

Co zapamiętasz z tych lat w San Antonio? Trafiłeś jako młody talent do zespołu z weteranami pokroju LaMarcusa Aldridge’a, Rudy’ego Gay’a czy Paua Gasola. Odszedłeś już jako dojrzały gracz i człowiek.

Zgadzam się z tym co powiedziałeś. W San Antonio przeżyłem fantastyczną podróż koszykarską. Trafiłem jako młody gracz, który miał wiele do udowodnienia – sobie i innym. Wykorzystałem nadarzające się okazje i z pewnością rozwinąłem się na wielu płaszczyznach. Miałem szczęście, bo trafiłem na prawdopodobnie najlepszego trenera w historii NBA, Gregga Popovicha. Swoją grą i zaangażowaniem pomału budowałem jego zaufanie. Czułem to później po swobodzie, którą otrzymywałem.

instagram

Z biegiem lat trener pozwalał mi na więcej własnej gry. Ufał, że to co robię i na co się decyduję, będzie najkorzystniejsze dla zespołu. Popovich zbudował moją pewność siebie jako koszykarza NBA. Czuję wielką satysfakcję, że pod koniec pobytu w San Antonio pełniłem także rolę nauczyciela, jeśli chodzi o kulturę Spurs dla młodszych zawodników.

Jaki jest Popovich jeśli chodzi o współpracę na linii trener – zawodnik? Tę, której nie widzimy na ekranach telewizorów.

To wielki człowiek. Jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi, jego największą zaletą jest to, że ma głowę w odpowiednim miejscu. Doskonale zdaje sobie sprawę, że koszykówka jest pracą dla wszystkich. Mamy pasję, żądze zwycięstwa, cechuje nas waleczność i chcemy wygrywać, ale to nie jest całe nasze życie. Popovich rozumie, że świat nie kończy się na baskecie, że są również inne, ważniejsze sprawy u każdego człowieka. Uczy koszykarzy i innych trenerów tych wartości.

To doświadczony człowiek nie tylko pod względem koszykarskim, ale także życiowym. Doceniam to, że stara się uczyć tego życiowego balansu każdego z nas. Potrafi robić to w spokojny i fajny sposób. W przeciwieństwie do tego, co można zobaczyć w telewizji, on nie zawsze jest taki poważny, na jakiego wygląda. To także śmieszny gość, który lubi sobie pożartować. Gdy się z nim zapoznajesz, to czujesz się trochę zdziwiony, bo przeważnie miałeś w głowe jego inny obraz. Myślę, że zbudowałem z nim naprawdę dobrą relację.

Nie żałujesz, że ominie cię szansa gry z Victorem Wembanyamą?

(Poeltl śmieje się – przyp. M.W)

Podejrzewam, że byłaby to fajna sprawa, ale NBA to liga, w której na wiele rzeczy nie ma się wpływu. Kto miał wiedzieć przed losowaniem draftu, że Wembanyama trafi do San Antonio? Byłem już dwukrotnie wymieniany, więc poczułem, że pewne rzeczy się w tej lidze przytrafiają, a ty je musisz zaakceptować. Nie myślę o tym „co by było, gdyby…”. Nie rozpamiętuje niewykorzystanych szans. Skupiam się na teraźniejszości i przyszłości. Patrzę jak mam dziś karty w ręku i staram się je najlepiej wykorzystać.

W San Antonio miałeś okazję przez kilka miesięcy grąć z Jeremim Sochanem. Jak go wspominasz?

Jeremy to świetny gość. Biorąc pod uwagę fakt, że w ubiegłym sezonie był pierwszoroczniakiem, to był bardzo otwartym, towarzyskim, pozytywnie nastawionym i głośnym młodym chłopakiem. Od niego bije pozytywna energia. Nie da się nie zauważyć i nie usłyszeć Sochana w szatni. Masz wrażenie, że wszędzie jest go pełno.

Na tyle, na ile zdążyłem go poznać przez ten krótki czas wykonywał na treningach i w meczach dobrą robotę. Dobrze radzi sobie z byciem zawodnikiem NBA, co dla człowieka, który dopiero tam trafia, nie jest prostą sprawą. Mam nadzieję, że dalej będzie się tak rozwijał i dostanie szanse pokazać światu swoje najlepsze elementy gry. Drzemie w nim potencjał na naprawdę dobrego gracza w obronie. Jeśli doda do tego większy wachlarz możliwości w ataku, to może zadomowić się w czołówce NBA na wiele, wiele lat.

Wspominałeś wcześniej, że na wiele rzeczy w NBA nie masz wpływu. Dobrze poznałeś już tę ligę od strony pozasportowej. Jak lata gry zmieniły cię jako człowieka i twoje podejście do tego sportu?

Między innymi dzięki Popovichowi, ale także dzięki wspomnianym doświadczeniom zrozumiałem wielką wagę balansu w życiu. Nie brakuje w tej lidze sportowych świrów, ale traktowanie koszykówki jak pracy pomogło uporządkować moje życie. Choć poświęcam temu sportowi wiele, to ważne jest, aby mieć jakąś odskocznie i – jak mówiłem w przypadku trenera – mieć głowę na odpowiednim miejscu.

Koszykówka jest brutalnym sportem. Nie wszystko potoczy się, tak jak zaplanowałeś. Potrzebujesz wokół siebie zaufanych osób i innego świata, który pozwoli ci nie zadręczać się złymi myślami. Wychodzę z założenia, że oprócz basketu zawodnik musi mieć w głowę również przestrzeń na coś, co nie będzie z nią związane, a co zarazem będzie stanowić odskocznie od codzienności. Oczywiście, musisz wykonywać swoją pracę na 100 procent, ale musisz też wiedzieć, że ona nie definiuje cię jako człowieka. Nie wszystkie mecze w NBA będą tak piękne i sentymentalne jak ten pierwszy, który zapamiętam do końca życia. Dziś gra w najlepszej lidze świata stała się rutyną, ale wiem, że nawet w tej rutynie wciąż mogę odnaleźć frajdę.

Czytaj też:
Były gracz Bundesligi zginął w wypadku. Niemiecki sport w żałobie
Czytaj też:
Polski koszykarz z zadziwiającym wywiadem. Przekleństwa po faulu gracza NBA

Źródło: WPROST.pl